Premier Wielkiej Brytanii potrzebuje zwycięstwa

Mus to mus
Theresa May potrzebuje wyborczego zwycięstwa, aby ostro ruszyć do bitwy o dobry brexit. Mimo że w referendum głosowała przeciw.
Theresa May
Stephane de Sakutin/AFP/EAST NEWS

Theresa May

Premier Theresa May zapowiada, że w negocjacjach rozwodowych będzie „cholernie twardą kobietą”.
Peter MacDiarmid/Eyevine/EAST NEWS

Premier Theresa May zapowiada, że w negocjacjach rozwodowych będzie „cholernie twardą kobietą”.

audio

AudioPolityka Adam Szostkiewicz z Londynu - Mus to mus

Przed zamachem w Manchesterze wszystkie sondaże wskazywały, że przyspieszone wybory wygrają konserwatyści. Po zamachu ich zwycięstwo nadal wydaje się niemal pewne, ale pojawiły się znaki zapytania. Brytyjczycy zazwyczaj uważają konserwatystów za bardziej kompetentnych w sprawach bezpieczeństwa niż laburzystów, zwłaszcza pod wodzą Jeremy’ego Corbyna, do którego przylgnęła łata lewicowego radykała i pacyfisty.

Zamach zmienił atmosferę wyborczą. Widok flag narodowych opuszczonych do połowy masztu i uzbrojonych żołnierzy na ulicach wielkich miast ściskał za gardło. Kampanię wyborczą zawieszono na trzy dni. Premier Theresa May starała się połączyć rolę polityka partyjnego z rolą przywódcy Brytyjczyków. W pierwszych godzinach szło jej dobrze, ale po kilku dniach zaczęła się dyskusja, co May zrobiła, aby zmniejszyć ryzyko islamistycznych zamachów, kiedy wcześniej sama była szefem MSW. I czy nie rozgrywa wyborczo tragedii manchesterskiej, aby zwiększyć swoje szanse na miażdżące zwycięstwo.

W referendum była przeciw

Już wcześniej wśród prawicowych wyborców i w mediach popierających brexit zapanowała „Theresa Maynia” – jak to określił tygodnik satyryczny „The Private Eye”. W fotomontażu na okładce jednego z majowych numerów pani premier puka do drzwi, aby przekonywać mieszkańca domu do zagłosowania na konserwatystów. „Jest tam kto?” – pyta. „Tak, pani tu jest, i to niestety na pięć lat” – brzmi odpowiedź w dymku wyskakującego z otworu na listy.

Poparcie dla May rosło, odkąd zastąpiła nieszczęsnego pomysłodawcę referendum Davida Camerona. Choć w referendum głosowała za pozostaniem w UE, udało się jej w nowej sytuacji zachować polityczną wiarygodność. Ma w tym też udział sztab propagandowy torysów (potoczna nazwa Partii Konserwatywnej), który zrobił z May centralną postać polityki brytyjskiej. Eksponował ją raczej jako kapitankę drużyny narodowej niż działaczkę partyjną. Taki jest zresztą zeitgeist nie tylko w polityce brytyjskiej: tradycyjne podziały ideologiczne na prawicę i lewicę się zacierają, osobowości polityków są dla wyborców ważniejsze niż programy.

Taki wizerunek do pewnego stopnia impregnuje May politycznie. Gdy samochwalczo przestrzegła Unię, że w negocjacjach rozwodowych będzie „cholernie twardą kobietą”, wielu jej rodakom to się spodobało. Nie zaszkodziło jej, że (ostrożnie) poparła powrót do dyskusji nad zakazem polowania na lisy. Za to nie poparła pomysłu zakazu zakrywania twarzy w przestrzeni publicznej, bo jest za wolnością religii. Zapunktowała, gdy w radiu opowiedziała, że nie mogą mieć z mężem dzieci i że kilka razy dziennie musi robić sobie zastrzyki, bo choruje na cukrzycę typu 1. Podczas spotkania z uczniami szkoły podstawowej wyznała, że przeczytała wszystkie książki o czarodziejskich przygodach Harry’ego Pottera i była zachwycona tak jak oni.

To były chwyty niezbyt wyszukane, ale – jak się okazało – skuteczne. May zaczyna być postrzegana jako polityk formatu Margaret Thatcher. Nie odpycha też biedniejszych wyborców, gdyż nadzieję na poprawę swego bytu po brexicie widzą oni raczej w konserwatystach niż na lewicy. Podoba się też, że pani premier woli spotkania ze zwykłymi obywatelami niż tournée od studia do studia telewizyjnego.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną