Prawdziwa twarz Jean-Claude'a Junckera

Europrowokator
Dla przeciwników jest „pijakiem”, symbolem upadku Brukseli. Dla zwolenników – niekonwencjonalnym inspiratorem. Jean-Claude Juncker jak nikt inny dziś trzęsie Unią.
Juncker to już trzeci Luksemburczyk na czele Komisji Europejskiej.
EU2017EE Estonian Presidency/•

Juncker to już trzeci Luksemburczyk na czele Komisji Europejskiej.

Mówi się, że Angela Merkel nie lubi Junckera głównie z powodu Grecji.
John Thys/AFP/EAST NEWS

Mówi się, że Angela Merkel nie lubi Junckera głównie z powodu Grecji.

Jesteście śmieszni. Gdyby tu była Merkel albo Macron, sala byłaby pełna! – irytował się Jean-Claude Juncker podczas debaty w Parlamencie Europejskim na zakończenie maltańskiej prezydencji w Radzie UE. Na sali było około 30 europosłów. Gdy prowadzący obrady wzywał Junckera do szacunku dla „izby kontrolującej Komisję Europejską”, ten nie ustępował. Jeszcze tego samego dnia jednak przeprosił, a incydent dał początek kolejnej dyskusji o barwnym szefie Komisji. – Powiedział wreszcie prawdę – twierdzili jego obrońcy.

Juncker – jak półżartem tłumaczą unijni dyplomaci – ma dwie wady: zdecydowane poglądy oraz gotowość, by je głośno, a czasem i dowcipnie głosić. – Będę promował niepodległość Ohio i wyjście Teksasu z USA – odgrażał się na wypadek, gdyby Donald Trump zachęcał kraje Unii do podążania śladami Wielkiej Brytanii. Wcześniej, jeszcze jako szef eurogrupy, przyznał, że czasem musi kłamać: – Jestem chadekiem i katolikiem, ale tak trzeba, gdy robi się groźnie. Jeśli zbyt wcześnie zdradza się decyzję, to tylko podsyca spekulacje rynków finansowych – mówił w 2011 r.

Bez względu na to, czy ktoś go lubi, czy wręcz przeciwnie, trudno się nie zgodzić, że 63-letni Juncker jest dziś twarzą Unii. Dla jednych stał się karykaturą, chodzącą kwintesencją brukselskiej biurokracji. Człowiekiem, który jak nikt inny uosabia wszystkie słabości europejskich elit, oderwanych ponoć od ludu. Dla polskiej prawicy Juncker to po prostu „stetryczały pijak”, który „nienawidzi Polaków i wolności”. Luksemburczyk to z pewnością prowokator. Zarówno w sensie dosłownym – z powodu swojego niekonwencjonalnego zachowania i wypowiedzi, ale też pośrednio – z perspektywy czasu widać, że mało kto potrafi tak prowokować Unię do dyskusji o samej sobie. A czasem również do fundamentalnych zmian. Jak choćby emancypowania się europarlamentu.

1.

Ostatnie złośliwości Junckera były niezwyczajne ze względu na cel – Parlament Europejski. Z większością czołowych europosłów łączy go wspólnotowa wizja Unii i sprzeciw wobec tych państw członkowskich, które chcą osłabienia Brukseli. W końcu trzy lata temu Juncker został szefem Komisji w dużej mierze za sprawą „puczu europarlamentarnego”, o którym za chwilę. Obciąża to Junckera w oczach eurosceptyków, a jego zwolenników popycha do bronienia go, nawet jeśli strzela gafy i robi błędy.

Stronnicy Junckera zabiegali o stanowisko szefa Rady Europejskiej dla Luksemburczyka już w 2009 r., ale tę posadę wziął Herman Van Rompuy. Kandydaturę Junckera zatopili wtedy prezydent Francji Nicolas Sarkozy (poszło głównie o osobiste animozje) i Brytyjczycy. Ci od zawsze dążą do wykoszenia wszystkich nazbyt federalistycznych pretendentów do czołowych posad w UE. Kilka lat wcześniej podobne zarzuty zdecydowały o sprzeciwie Tony’ego Blaira wobec aspiracji ówczesnego premiera Belgii Guya Verhofstadta do kierowania Komisją Europejską.

Jednak w 2014 r. wyborom do europarlamentu towarzyszyło powszechne krakanie, że rosnący w siłę populiści mogą sparaliżować działanie izby, a Unia stoi przed wyborami „ostatniej szansy” i dlatego musi się szybko zdemokratyzować. – Koniec zakulisowych rozgrywek o stołki. Niech decydują obywatele! – głosił jeden z brukselskich sloganów. Europejskie międzynarodówki, które mają swe frakcje w europarlamencie, wpadły na pomysł, by demokratyzację Unii zacząć od wystawienia w eurowyborach swych „wiodących kandydatów” (niemiecki termin: Spitzenkandidaten) na szefa Komisji. Chadecy na swym kongresie postawili na Junckera, centrolewica – na Martina Schulza, a liberałowie – na Verhofstadta.

Szkopuł w tym, że ani władze w Berlinie, ani w Paryżu, ani w Rzymie nie traktowały Spitzenkandidatów zbyt poważnie. – Merkel machnęła ręką i zgodziła się na pomysł chadeckiego Spitzenkandidata. Ale jej zamysł był taki, żeby Junckera potem wyekspediować na jakiś prestiżowy, ale mniej znaczący urząd – tłumaczy polityk zaangażowany w brukselskie rozgrywki z 2014 r. Gdy jednak chadecy wygrali eurowybory, socjaldemokrata Schulz i liberał Verhofstadt (mózg całej operacji) ogłosili, że są gotowi do koalicji, ale tylko z Junckerem na czele Komisji. – Kto wpisał to do tego traktatu? – wściekała się za zamkniętymi drzwiami Merkel.

2.

Przy okazji sporu o Junckera Bruksela stała się sceną gwałtownego przeciągania liny między Parlamentem Europejskim a „przywódcami państw za zamkniętymi drzwiami”. Paradoksalnie Juncker, jako premier Luksemburga w latach 1995–2013 i tym samym rekordzista pod względem liczby zaliczonych szczytów UE, znalazł się w tym starciu w obozie zmian. – Po moim trupie! To ja będę proponować mój program jako szef mojej Komisji! – odgrażał się, gdy Merkel namawiała unijnych chadeków, by najpierw ustalić program, a dopiero potem nominować szefa nadającego się do jego realizacji (czyli pozbyć się Junckera).

Ale o ile kandydowaniem Junckera mało kto się w Polsce przejmował, o tyle liczne niemieckojęzyczne debaty telewizyjne z Schulzem dość mocno spopularyzowały ideę Spitzenkandatów w Niemczech. „Po eurowyborach jest jasne, że Europejczycy chcą Junckera. Schulz dostał drugi rezultat. Nikt trzeci, kto nie stanął do eurowyborów, nie może zostać szefem Komisji. To uszłoby tylko w NRD albo republikach bananowych” – głosił wstępniak „Bilda”, wymierzony w próby utrącenia Junckera przez Merkel.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną