Floryda: nie taka wspaniała, jak się wydaje

Cena za raj
Jak wspaniałym miejscem do życia musi być Floryda, skoro 20 mln ludzi nie przeszkadza fakt, że każdy z dwóch, trzech corocznych huraganów może im porwać dom.

Miami
Getty Images

Miami

„Nie przestraszysz nas, Irmo” – graffiti w South Beach w Miami. Nawiedzające Florydę co roku huragany nie zniechęcają turystów ani miejscowych.
Carlos Barria/Reuters/Forum

„Nie przestraszysz nas, Irmo” – graffiti w South Beach w Miami. Nawiedzające Florydę co roku huragany nie zniechęcają turystów ani miejscowych.

Pewnego sierpniowego dnia 1991 r. mały sportowy samolot wystartował z lotniska w Ocala na Florydzie i po kilku minutach spadł na ziemię, na miejscu zginęło dwóch pasażerów. Pilotująca awionetkę Linda Keath straciła panowanie nad maszyną, kiedy próbowała uprawiać seks ze swoim towarzyszem lotu Carlem Terrym. Los nieszczęsnej pary mógłby być przestrogą dla beztroskich mieszkańców Florydy, którzy jakby zapominają, że ich kraina wiecznego lata nie skąpi wprawdzie uroków życia, ale także śmiertelnych niebezpieczeństw.

Nigdzie indziej w USA tak wielu ludzi nie ginie w czasie burzy od pioruna i nigdzie nie jest tak łatwo stracić dom albo samochód, „połknięty” w wyniku nagłego zapadnięcia podmokłego gruntu. Na lekkomyślnych spacerowiczów na mokradłach Everglades czyhają aligatory, a na ulicach Miami nocą – uzbrojeni bandyci na głodzie narkotykowym. I oczywiście wszystkim, którzy wybrali życie w „słonecznym stanie”, grożą huragany.

Z 36-godzinnym wyprzedzeniem

Irma, po której Floryda powoli się dźwiga, była jednym z największych tego typu kataklizmów w historii stanu. Huragany nawiedzają Florydę co roku. Leży ona na rutynowej trasie cyklonów znad Atlantyku, pustoszących Karaiby i uderzających w skierowany na południe półwysep w kształcie patelni z długą, wcinającą się w ląd w kierunku zachodnim rączką.

W 1926 r. huragan czwartej kategorii, nazwany Great Miami, niemal zrównał to miasto z ziemią i zabił ponad 400 osób. Dwa lata później huragan San Felipe Segundo przeszedł nad jeziorem Okeechobee w środku stanu, powodując powódź, w której zginęło 2,5 tys. ludzi. Cyklon Audrey, który w 1935 r. uderzył w wyspy Keys na południowym przyczółku Florydy, spowodował śmierć co najmniej 408 osób. W sierpniu 1992 r. Florydę nawiedził Andrew, huragan najwyższej, piątej kategorii, najsilniejszy w dziejach stanu. Zburzył do fundamentów ponad 65 tys. domów, głównie w południowej części stanu, i uszkodził 124 tys. innych, powodując straty obliczone na 26,5 mld dol., największe do tego czasu w USA. Bardziej kosztowne okazały się dopiero zniszczenia dokonane w 2005 r. przez huragan Katrina, który wywołał katastrofalną powódź w Nowym Orleanie.

Z początkowych prognoz wynikało, że Irma, opisywana jako huragan-monstrum, pobije wszelkie rekordy. Jednak zachowała się inaczej, niż przewidywano – zamiast zaatakować wschodnią część półwyspu, skierowała się na zachód, a przy tym osłabła, spadając do niższej kategorii. Spustoszenia okazały się mniejsze, niż się obawiano, i w całych Stanach Zjednoczonych – bo żywioł szalał też w południowych stanach sąsiadujących z Florydą – zginęło „tylko” 36 osób.

Stosunkowo skromne, w porównaniu z przeszłością, ofiary w ludziach nie były tylko wynikiem łagodniejszego przebiegu kataklizmu. Dzięki postępom meteorologii dużo wcześniej można dziś ostrzec mieszkańców zagrożonych terenów, co pozwala na odpowiednie przygotowania. Skala zniszczeń jest mniejsza wskutek zmian w budownictwie domów, lepiej wzmacnianych przeciw huraganom. W rezultacie systematycznie spada liczba śmiertelnych ofiar – przed drugą wojną światową ginęło w Ameryce z powodu huraganów średnio 1,4 tys. osób na dekadę, w latach 1940–69 zabiły one już tylko 700 na dekadę, a w latach 1970–99 – 250, i to mimo że coraz więcej ludzi osiedla się na wybrzeżu, gdzie niebezpieczeństwo jest największe.

Obecnie wiarygodne ostrzeżenie o kataklizmie przychodzi z co najmniej 36-godzinnym wyprzedzeniem. Przed Irmą zorganizowano na Florydzie masową ewakuację z obszarów zagrożonych. A sama akcja ratunkowa przebiega sprawniej, m.in. dzięki udoskonaleniu metod odpowiedzi na kataklizmy w całej Ameryce po ataku 11 września 2001 r.

W relacjach z Florydy po huraganie uderzał spokój, z jakim jej mieszkańcy przyjmowali ruinę swoich domów. Tak jakby straty były – jak ktoś powiedział – „nieuniknioną ceną przebywania w raju”. Bo tak Amerykanie postrzegają Florydę. W filmie „Nocny kowboj” z 1968 r. jeden z bohaterów, bezrobotny nowojorski cwaniak Ratso Rizzo marzy o podróży do Miami, krainy pomarańczy, plaż, pięknych kobiet i nieustającego karnawału.

Floryda liczy dziś ponad 20 mln mieszkańców i przyciąga corocznie ponad pięć razy tyle turystów. Jest ulubionym celem emerytów, którzy na starość szukają słonecznego ciepła, a także rodzin z dziećmi przyjeżdżających do Disney World koło Orlando, młodych ludzi spragnionych nocnych wrażeń w klubach i dyskotekach Miami Beach oraz hiphopowej, artystowskiej inteligencji sączącej mojito na Key West. Południowy cypel półwyspu, z latynoskimi klimatami i pamiątkami po gigantach amerykańskiej literatury: Erneście Hemingwayu i Tennessee Williamsie, to obowiązkowy punkt programu wykształconego podróżnika po Ameryce.

Aż trudno uwierzyć, że w przeszłości, a nawet jeszcze nie tak dawno, nikt nie nazwałby Florydy rajem. Jej hiszpańscy odkrywcy w XVI w. sądzili najpierw, że to jedna z wysp na Morzu Karaibskim, o wilgotno-gorącym, malarycznym klimacie, nienadająca się do zasiedlenia. Na północno-wschodnim krańcu półwyspu zbudowali pierwsze europejskie miasto na terytorium dzisiejszej Ameryki, St. Augustine, ale południowa jego część, z jego wiecznie podmokłymi gruntami, zdawała się uniemożliwiać uprawy rolne.

Kiedy Amerykanie przejęli ostatecznie Florydę od Hiszpanii w 1821 r., długo ociągali się z jej kolonizacją – odstraszały ich nieprzyjazne ludziom pustkowia zamieszkane przez Indian Seminole, wśród których znajdowali schronienie zbiegli niewolnicy. Udzielany im azyl przyspieszył w latach 30. XIX w. decyzję rządu o pacyfikacji Indian i ich deportacji do Oklahomy. Uczestniczący w tej akcji żołnierze byli pierwszymi Amerykanami dłużej przebywającymi na Florydzie. W listach do rodzin opisywali ją jako „odrażające, porzucone przez Boga” piekło na ziemi. Po co w ogóle – pytali kierujący akcją oficerowie – wydaliśmy miliony na zakup tego terytorium, zamiast zostawić je komarom i tubylcom?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną