Jak na Sycylii radzą sobie z problemem uchodźców

Po dwóch na miasteczko
Na południu Włoch przybysze z Afryki nie robią na nikim wrażenia. No, chyba że na przybyszach z Europy Wschodniej.
Targowisko Ballaro w Palermo. Kiedyś handlowali tu Polacy, dzisiaj – Nigeryjczycy.
Hermes Images/BEW

Targowisko Ballaro w Palermo. Kiedyś handlowali tu Polacy, dzisiaj – Nigeryjczycy.

Imigranci w południowych Włoszech kręcą się po okolicy zgodnie z ruchem zbiorów: późną jesienią i zimą pomarańcze, jesienią – oliwki na Sycylii. Zarabiają głodowe stawki. Żyją gdzie się da.
Carlo Hermann/Getty Images

Imigranci w południowych Włoszech kręcą się po okolicy zgodnie z ruchem zbiorów: późną jesienią i zimą pomarańcze, jesienią – oliwki na Sycylii. Zarabiają głodowe stawki. Żyją gdzie się da.

Na lotnisku w Lamezii, w południowych Włoszech, lądują samoloty ze wschodniej Europy. Po pasażerów podjeżdżają ich rodacy mieszkający tu już od jakiegoś czasu: rodziny, znajomi. Na autach rejestracje z Dolnego Śląska, z rumuńskiej Suczawy, z Preszowa na Słowacji.

– Ach, Mezzogiorno – wzdychała do małżonka jedna z pasażerek jeszcze w samolocie. Ich dziecko darło się niemiłosiernie, bo mu rodzice nie chcieli kupić Pringlesów za taką ilość euro, za którą na ziemi mógłby się w nich tarzać. – Południowe Włochy, zobaczysz, będzie cudownie!

– Ta, jasne – burczał małżonek – jak nam ciapaci z morza na plażę nie wypełzną, to może i będzie. Albo jak nie zaczną gwałcić.

Na lotnisku też narzekano. Lotem z Krakowa leciała do południowych Włoch połowa Europy Środkowej. Niektórzy na wakacje, inni do pracy. Głównie do pracy. Słowacy, Rumuni, Ukraińcy, Polacy. Słowacy i Polacy, już w autobusie z lotniska do dworca, wspólnie, w pansłowiańskim narzeczu, narzekali na muzułmańską inwazję na białą Europę.

– Muslimy, ISIS, islamskie państwo!

– Jak po waszemu będzie „ciapate”?

– Ako? – dopytywali się Słowacy.

Stereotypy zresztą działają w obie strony. – Eastern Europe, Eastern Europe – mówił mi później, w pociągu do Reggio, Nigeryjczyk, który przedstawił się jako Seki. – Polska, Rumunia, Ukraina. Najgorsi rasiści, najgorsi – kręcił głową. – Sorry man, sorry. It’s true.

Inny Nigeryjczyk, spotkany w Palermo, opowiadał, że mieszka w tym mieście od 10 lat i pamięta, jak jeszcze nie tak dawno kobiety ze wschodniej Europy stały jako dziwki przy drodze do Mondello, tam gdzie teraz stoją Afrykanki.

– Polacy i Rumuni handlowali, jak my, na bazarach, czym się dało – opowiada. – Zresztą nadal ich tu jest mnóstwo. Śmieszne – podsumowuje. – Polski dziennikarz przyjeżdża badać afrykańską imigrację do Włoch. Jeśli ja bym był nigeryjskim dziennikarzem – śmieje się – tobym badał polską.

• • •

Ale najczęściej o Polsce i – w ogóle wschodniej Europie – mało kto cokolwiek wie. – Czy Polska to fajny kraj? – pyta Priscilla, dwudziestolatka z Ghany. – Pada – mówię. – Północ. Chłodno. Priscilla się krzywi. – Co, może i śnieg macie? – pyta z niechęcią w głosie.

Priscilla pracuje w Rosarno. Tak twierdzi, choć nie chce powiedzieć, gdzie dokładnie. Raczej nie przy zbiorze pomarańczy: jeszcze nie sezon. Bo imigranci w południowych Włoszech kręcą się po okolicy zgodnie z ruchem zbiorów: późną jesienią i zimą pomarańcze, jesienią – oliwki na Sycylii. I tak dalej. Zarabiają głodowe stawki. Żyją gdzie się da: w opuszczonych halach i magazynach, w slumsiarskich osadach porozrzucanych po całym regionie. Jeśli ktoś ma porządny namiot – to już dobrze. Jeśli nie – to pozostają budy z niebieskiej folii.

Priscilla nie chce powiedzieć, gdzie mieszka. Wstydzi się. Wstydzi się też najwyraźniej swoich znajomych, też Ghańczyków. Ci siedzą w pociągu przy oknie, rozmawiają, co chwila wtrącają angielskie zwroty: w Ghanie angielski jest językiem urzędowym. Pociąg mija najcudowniejsze krajobrazy pod słońcem: w końcu to południowe Włochy, ale oni pokazują mijane sady, w których jest praca, i plaże, na których rzadko bywa policja.

Rosarno: wysiadają. Na peronie, gdy już nie patrzę, Priscilla daje absztyfikantowi ostrą piąchę w bok i idzie w jedną stronę z chłopakami w najlepszej komitywie.

Kilka lat temu w Rosarno lokalni Włosi urządzili sobie łowy na imigrantów. Priscilla już tego nie pamięta: jest tu dopiero od dwóch lat. Włoscy gówniarze jeździli z wiatrówkami po mieście i polowali na czarnoskórych. Ci wyszli na ulice. Krzyczeli, że nie są zwierzętami. Płonęły samochody, interweniowała policja. Władze musiały wszystkich czarnych ewakuować: Rosarno, z przekąsem, nazwano „jedynym całkowicie białym miastem na świecie”. Po jakimś czasie migranci zaczęli wracać: ktoś musiał przecież jednak zbierać pomarańcze.

• • •

Francesco Bollina to dziennikarz zajmujący się migracją. Pochodzi z Trapani, biednego miasteczka na zachodzie Sycylii, oddalonego od afrykańskiego wybrzeża tak daleko, jak Kielce od Warszawy. To tu często lądują uchodźcy.

– Pochodzę z biednej rodziny – mówi Francesco – a zawsze chciałem być fotoreporterem. Na pierwszy aparat musiałem zapracować. Pracowałem więc na naszych trapanijskich farmach. Byłem jedynym białym. Cała reszta – migranci. Ale gadania o tym, jak to naszym zabierają w Trapani pracę – mnóstwo. Bardzo rasistowskie miasteczko.

– Czy to tylko stereotypy? – spytałem. – Na północy Europy panuje przekonanie, że na Sycylii trwa islamska nawała, samorodni krzyżowcy wynajmują statki, którymi chcą zawracać płynące na wyspę inwazyjne szalupy.

Francesco się śmieje. – Większość ludzi, która tu przypływa, to chrześcijanie, a nie muzułmanie. To nic nowego, stary szlak, którym do Europy dostają się ludzie z czarnej, subsaharyjskiej Afryki. Gdy żył Kaddafi, Berlusconi miał z nim umowę o powstrzymywaniu przemycających ludzi, teraz gdy w Libii panuje chaos, mało kto to kontroluje. Cała historia.

– Muzułmanów nie ma?

– Są, ale mniej. Jest nawet mała grupa salafitów. To fanatycy, nie cierpię ich, bo mogą być linkiem do terrorystów…

– Co z nimi robić?

– Jestem za otwieraniem jawnych meczetów, żeby mieli się gdzie modlić. Żeby można było ich kontrolować. Tylko tak można uniknąć radykalizacji.

– A ogólnie? Jak w skali Europy rozwiązać kryzys uchodźczy?

– Bardzo prosto – uśmiecha się Francesco. – Do każdej miejscowości w Europie wysłać po dwóch. Nagle się okaże, że problemu nie ma. Ani z integracją, ani z „masami uchodźców”.

• • •

Włosi z Południa przyzwyczajeni są do migrantów. Jedni traktują ich jak problem (najczęściej w mniejszych miasteczkach), inni – obojętnie (głównie w większych). Ale „inwazja”? Przecież oni tu są, od kiedy sięgnąć pamięcią! Poza tym – skala „inwazji” nie jest taka, jak przedstawia się to na Północy.

– To nie jest tak, że co pięć minut przybija nam do brzegu łódź pełna Afrykańczyków – śmieje się Francesco, sprzedawca na targu w Katanii. – Owszem – mówi – migranci bywają konkurencją, ale my ich znamy, przecież stoimy na tym targu obok siebie od nie pamiętam kiedy…

Sprawa może wyglądać przerażająco w miejscach typu Lampedusa, odizolowanych wysepkach, na które przybija sporo migrantów, szczególnie dla ludzi, którzy nigdy wcześniej się z tym nie spotkali, ale na samej Sycylii trudniej już o dramatyczne klipy i zdjęcia do alarmujących artykułów.

Po drugie – to nic nowego. Albańczycy, na przykład, docierali na południe Włoch już od dawna, przepływając z bałkańskiego wybrzeża na obcas włoskiego buta.

Po trzecie – imigrantów ze wschodniej Europy w ogóle dużo tu od lat. Co chwila spotkać można sklepy z artykułami z Rumunii, Ukrainy czy Polski. W Reggio di Calabria, w sklepie „Nash magazyn – bottega multietnica” sprzedaje Ukrainka z Berdyczowa. Można kupić polskie wędliny i ukraińskie maślanki. Przy ladzie kręcą się Włoszki, kupują pestki słonecznika.

– Ukraińców i Rumunów tu nadal mnóstwo – mówi sprzedawczyni. – Polacy byli, ale od jakiegoś czasu u was się polepszyło i zaczęli wracać. A u nas… – wzdycha. – Państwa nie ma. Jeszcze trochę tu posiedzimy…

Maria, restauratorka z Katanii, mówi, że imigracja tu nikogo nie szokuje, a już na pewno nie ta z Afryki. – Przecież Arabowie tu rządzili – przypomina. – To były czasy, kiedy Sycylia kwitła. Przecież tutaj jest prawie Afryka, my mamy więcej wspólnego z Tunezją niż z Mediolanem… poza tym Sycylia zawsze była ziemią, gdzie mieszały się kultury. Bez przesady… – parska, gdy pytam o problemy związane z migrantami. – Widzisz tu jakąś katastrofę? Ja nie. Pytasz o Afrykańczyków, a czemu nie pytasz o ludzi ze wschodniej Europy?

• • •

Wieczorami po katańskich barach kręcili się głównie biali, ale ciemnoskórych też trochę było. Tych lepiej zasymilowanych można było odróżnić, generalnie, od tych przybyłych później. Ci „starsi” ubierają się i zachowują jak Włosi, z lokalnymi często się na ulicach witają, przybijają piątki, całują się w policzki, podgadują. Ci „nowsi” – są bardziej spięci. Zawsze ubrani w świeże, czyściutkie i nowiuteńkie ubrania – tanie podróby znanych firm. Trzymają się ze sobą.

– Ale zdecydowana większość, których widać na ulicach, to ci imigranci, którzy żyją tu już jakiś czas. Ci, którzy dopiero teraz przypływają, siedzą w obozach – mówi Francesco Bollina. – Nikogo nie znają, są wystraszeni. Później raczej wyjeżdżają na północ. Widzą przecież, że tu jest bieda.

– A te wszystkie historie o mafii, przestępczości, awanturach z lokalnymi?

– To oczywiście jest – mówi Bollina. – Trudno, żeby nie było patologii w społeczeństwie, w którym patologie są od zawsze. Ale to nie są ci, którzy przypływają teraz, a to o nich jest największa awantura i histeria w Europie. To część tych, którzy przyjechali już dawno.

Nie wszyscy dają radę wejść w legalny biznes. Niektórzy kończą, na przykład, jako pomagierzy czy żołnierze mafii. Dziennikarze i policjanci zajmujący się sprawą twierdzą, że mafiosi najbardziej upodobali sobie Nigeryjczyków: jeśli jeden z nich wpadnie, nie trzeba, jak w przypadku Sycylijczyka, płacić zwyczajowej sumy na utrzymanie dla rodziny, nie trzeba się starać wyciągać go z więzienia.

Mafia, jak niesie sycylijska wieść, uważa Nigeryjczyków za oddanych i wiernych żołnierzy, ale kieruje się swoistą lojalnością wobec „swoich”: czarnoskórym mafiosom nie wolno nosić innej broni poza białą. Nie wolno im też atakować Sycylijczyków. Sprawa jednak nie jest tak prosta: Nigeryjczycy często nie tyle „służą” bezpośrednio pod sycylijskimi bossami, co tworzą własne gangi, i te dopiero współpracują bezpośrednio z mafią. Słowem – tworzą się nigeryjskie, póki co podległe sycylijskim, przestępcze struktury.

Nigeryjczycy gangsterzy zajmują się głównie sprzedażą narkotyków. Dzielnica Ballaro w Palermo ma złą sławę miejsca, gdzie w nocy się nie chadza. Centrum Ballaro wygląda trochę jak krakowski Kazimierz, tylko bardziej zapuszczony i rasowo zmiksowany. Turyści tu raczej nie chodzą, za to bawią się lokalni. Narkotyki, fakt, można kupić. Nawet niedrogo.

– Niebezpiecznie? Tu? – dziwi się niska, szczupła dziewczyna o posthipisowskiej stylówie, która właśnie kupiła marihuanę od chłopaka o ciemnej karnacji.

• • •

– Migranci są niekulturalni – skarżył mi się pięćdziesięciokilkulatek w Mesynie. – Sam pan widział.

Fakt, widziałem. Staliśmy w kolejce do kas, do której wepchało się trzech czarnoskórych chłopaków. Pięćdziesięciolatek chciał zareagować, ale dał sobie spokój.

– Bał się pan? – spytałem, gdy już odeszli, zapytawszy o coś szybko.

– Wielkie chłopy – odpowiedział. – Cholera ich wie. Wie pan, byłem w Neapolu…

W Mesynie, w parku niedaleko dworca, siedzą w zasadzie sami czarnoskórzy. Kręci się wokół nich kilku białych chłopaczków. Gadają konfidencjonalnie. Siadam obok, czytam książkę, ale widzę, że zawadzam. Pozerkują. Co tu robię, po co przyszedłem. Na pociąg czekam. Kulturalnie wypraszają mnie z okolicy. I biali, i czarni, razem. Na stacji się na pociąg czeka. Poszedłem.

– 20 lat temu to było niebezpiecznie – twierdzi w Palermo właściciel małego zakładu wypożyczającego rowery niedaleko od Via Roma. – Ale od jakiegoś czasu toczy się walka z mafią i ci główni siedzą w pierdlach. Bo mamy w Palermo nowego burmistrza. To człowiek światły, otwarty, antyrasista. Zrobił wiele dla miasta: walka z przestępczością, ale nie tylko: ścieżki rowerowe, nowe oświetlenie pomników, usuwanie śmieci, nowe plaże…

– A migranci? – pytam.

– No, mają wiele problemów – martwi się właściciel. – Ale my z nimi? Bez przesady.

• • •

Ten nowy burmistrz to Leoluca Orlano: dawny pracownik uniwersytecki, który – od kiedy zaczął polityczną karierę – jest znany z dwóch rzeczy: walki z mafią i obrony praw migrantów, wspierania ich integracji. Twierdzi, że to m.in. ich nieokreślony status na terenie kraju, w którym de facto żyją, spycha ich często w ręce kryminalistów. A Europa – uważa – potrzebuje migrantów. Poza tym ma ze swoimi byłymi koloniami rachunek do wyrównania. Orlando w rozmowie z „Guardianem” pytany, czy ludzie popierają jego politykę, odparł: wybrało mnie 74 proc. mieszkańców. To chyba świadczy, że tak.

Bollina też chwali burmistrza.

– Mówisz, że Ballaro jest bezpieczne – kiwa głową po tym, jak mu powiedziałem, że nie rozumiem, czemu ta dzielnica Palermo ma taką złą sławę. – Nie bądź taki twardziel, jeszcze kilka lat temu byś tam się bał wejść. Dopiero niedawno wprowadzono mądrą pracę służb publicznych wewnątrz lokalnych społeczności, jest kontrola.

Ale, mówi Bollina, że jeśli chodzi o urzędniczą katorgę, przez którą muszą przedrzeć się uchodźcy, to dużo jeszcze jest do zrobienia.

– Bajzel – mówi. – Policja wydaje migrantom sprzeczne rozporządzenia. Sam znam przypadek, gdy facet miał jednocześnie trzy dni na zgłoszenie się do Rzymu i siedem na opuszczenie kraju. Tymczasem ci ludzie są bez pieniędzy, bez butów często nawet. Na uchodźcach zarabia mafia: nie tylko przez dilerkę, ale przez wynajmowanie ich farmerom jako taniej siły roboczej. Bo przecież szefowie gmin, w których są ośrodki, często są zakumplowani albo po prostu spowinowaceni z mafiosami. To Sycylia, człowieku.

Ziemowit Szczerek z Sycylii

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną