Amerykańska dyplomacja w rozsypce. Bo jej szef nie lubi dyplomatów
„New York Times” alarmuje, że od stycznia z amerykańskiego ministerstwa spraw zagranicznych odeszło ponad stu oficjeli wyższego szczebla.
Rex Tillerson, szef Departamentu Stanu
IIP Photo Archive/Flickr CC BY SA

Rex Tillerson, szef Departamentu Stanu

Zdawałoby się, że prezydentura Donalda Trumpa, kopalnia tematów dla satyryków, dawno już powinna przestać czymkolwiek dziwić, jednak sytuacja w jego kluczowym resorcie zdumiewa coraz bardziej. Mowa o Departamencie Stanu, kierowanym przez człowieka, który najwyraźniej uważa, że dyplomacja to działalność zbędna, zawodowych dyplomatów nie lubi i najchętniej by się ich pozbył.

Rex Tillerson, były szef koncernu Exxon, ochoczo zgodził się na 30-procentową redukcję budżetu departamentu, zwolnił dziesiątki jego wyższych urzędników, a wielu dał do zrozumienia, że nie są mile widziani, co skłoniło ich do masowych rezygnacji. Jak alarmuje „New York Times”, od stycznia z Foggy Botttom, jak potocznie nazywa się amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych, odeszło ponad stu oficjeli wyższego szczebla.

Polityka kadrowa szefa Departamentu Stanu Rexa Tillersona

Czystki nie mają przeważnie charakteru politycznego. Nie zwalnia się tylko osób podejrzewanych o nielojalność wobec Trumpa – odchodzą zawodowi dyplomaci, pracujący od lat w ekipach prezydentów z obu partii, w tym zatrudnieni przez George′a W. Busha. Tillerson uważa ich po prostu za zbędnych biurokratów. Od inauguracji Trumpa, czyli od przeszło 10 miesięcy, obsadzonych zostało tylko 10 spośród 44 stanowisk normalnie zajmowanych przez politycznych nominatów nowego prezydenta.

A najdziwniejsze, że Tillerson wciąż nie mianował asystentów sekretarza stanu – odpowiedników szefów wydziałów odpowiedzialnych za poszczególne regiony świata – ds. Azji Wschodniej i Bliskiego Wschodu, czyli regionów przysparzających USA najwięcej problemów (Korea Północna, Syria, Iran). Co więcej, nadal nie ma zatwierdzonych ambasadorów w takich krajach jak Egipt, Arabia Saudyjska, Turcja i Korea Południowa. Tillerson podobno sam woli rozmawiać z przedstawicielami państw, bo nikomu nie ufa poza wąskim kręgiem najbliższych współpracowników.

Eksperci od polityki międzynarodowej są zgodni, że rozbudowany aparat dyplomatyczny jest nieodzowny do skutecznego jej prowadzenia. Dyplomacja to nie negocjacje biznesowe, do jakich Tillerson się przyzwyczaił, całe życie pracując w Exxon. Jej efekty zmierzyć trudniej, co nie znaczy, że nie ma ona sensu. Osłabianie Departamentu Stanu, przy jednoczesnym zwiększaniu nakładów na armię, potwierdza, że ekipa Trumpa stawia na siłę i lekceważy „soft power”, czyli „miękkie” środki realizacji celów polityki zagranicznej, jak dyplomacja, promowanie amerykańskich wartości, współpraca w organizacjach międzynarodowych itp. Zgadza się to z kursem deklarowanym przez samego Trumpa – nie widzi on w Ameryce globalnego przywódcy, odpowiedzialnego za losy świata, tylko hegemonistyczne mocarstwo unikające multilateralnych zaangażowań i forsujące wyłącznie własne interesy. Albo izolujące się od świata.

Na szczęście nie jest to – jak do tej pory w każdym razie – realny kurs polityki zagranicznej Waszyngtonu. Generałowie otaczający Trumpa, „dorośli w Białym Domu”, oraz Kongres wciąż pilnują, by USA wypełniały sojusznicze i międzynarodowe zobowiązania. Stąd np. kontynuacja dotychczasowej linii w Europie, i to mimo sympatii prezydenta dla Putina. Tillerson w tym układzie liczy się coraz mniej, gdyż naraził się Trumpowi, publicznie kwestionując jego inteligencję. Niewykluczone, że wkrótce przestanie być sekretarzem stanu.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną