Świat

Barbara Bush dla milionów Amerykanów pozostanie wzorcową First Lady

Barbara Bush dla milionów Amerykanów pozostanie wzorcową First Lady

Barbara Bush w Indiach w 1984 roku. Barbara Bush w Indiach w 1984 roku. U.S. Embassy New Delhi / Flickr CC by 2.0
Emanowała rozsądkiem, zmysłem praktycznym i bezpośredniością w publicznych wypowiedziach, balansujących czasem na granicy politycznej poprawności.

Nazywano ją „Silver Fox”, srebrny lis. Przedwcześnie posiwiałe włosy sprawiały, że chociaż młodsza o rok od swego męża – wyglądała, kiedy oboje przekroczyli pięćdziesiątkę, jak jego matka. Siwe włosy podkreślały rolę, jaką pełniła – matriarchini rodu Bushów, politycznej dynastii w USA, która wydała dwóch prezydentów: George'a H.W. Busha (1989–1993) i George'a W. Busha (2001–2009).

Zmarła 17 kwietnia w wieku 92 lat Barbara Bush była żoną pierwszego z nich i matką drugiego. A dla milionów Amerykanów niemal wzorcową First Lady. Żadna z prezydenckich małżonek w ostatnim półwieczu nie cieszyła się taką popularnością.

Czytaj także: Kolejny Bush w Białym Domu? Możliwe

Barbara Bush była tradycyjną Pierwszą Damą

Nie miała „męskich” ambicji, nie tylko politycznych, lecz nawet zawodowych – kiedy w czasie wojny poznała swego przyszłego męża, przerwała naukę w college'u, ponieważ, jak sama przyznała, „nie interesowała się studiami, tylko George'em”. Pobrali się, kiedy on miał 20 lat, ona 19. Urodziła mu sześcioro dzieci. Takich jak ona prezydenckich żon – znających swoje miejsce w domu i przy mężu – było więcej, zwłaszcza w dawnych czasach, ale pani Bush wyróżniała się na ich tle, sprawiając wrażenie, że jest absolutnie szczęśliwa, bo całkowicie pogodzona ze swoją rolą żony, matki i babci. Emanowała rozsądkiem, zmysłem praktycznym i bezpośredniością w publicznych wypowiedziach, balansujących czasem na granicy politycznej poprawności. Sympatię rodaków zyskała całkowitym brakiem pozy. Nie pretendowała nawet do bycia damską „ozdobą” męża – nie starała się olśniewać wyglądem; ubierała się zwyczajnie i jak na swój status dość skromnie. A pochodziła z jednej z najstarszych rodzin w kraju – Pierce. Jej przodkowie przybyli do Ameryki na „Mayflower”, a jeden z jej pradziadów – Franklin Pierce – był 14. prezydentem USA (1853–1857).

W oczach społeczeństwa zyskała przez kontrast ze swymi poprzedniczkami, żonami prezydentów Jimmy'ego Cartera i Ronalda Reagana, a także następczynią – Hillary Clinton. Rosemary Carter starała się sterować swoim mężem, wtrącała się do jego polityki, co pogłębiało wrażenie, że nieudolny prezydent jest słaby, bo ulega silnej kobiecie. Nancy Reagan szarogęsiła się w Białym Domu, ingerując zwłaszcza w nominacje prezydenckie. W odróżnieniu od niezmiernie popularnego męża zyskała opinię osoby antypatycznej, zimnej i wyrachowanej. Hillary Clinton, pierwsza First Lady z własnymi aspiracjami i planami politycznymi, grała z mężem w bezprecedensowym duecie – słynne „dwoje za cenę jednego” – ale ostatecznie omal nie pogrzebała jego prezydentury wskutek zaszłości z dawniejszych etapów swej kariery prawniczej i wszczętej przez siebie wojny z mediami, co uruchomiło ciąg skandali zakończony próbą odsunięcia Clintona od władzy w drodze impeachmentu. Wszystkie te trzy Pierwsze Damy, chociaż wspierały mężów w ich politycznych karierach, często przysparzały im także kłopotów.

Barbara Bush była dla rodziny „politycznym atutem”

Na ich tle gwiazda Barbary Bush błyszczy, bo dzięki swej popularności była dla swojej rodziny zawsze tym, co w USA nazywa się „politycznym atutem”. Wykorzystywanym skutecznie w kampaniach jej męża, który mimo braku charyzmy i szczególnych atrybutów przywódczych stopniowo awansował w Partii Republikańskiej aż do najwyższego urzędu, oraz w kampaniach na stanowisko gubernatora Teksasu, a potem do Białego Domu swego syna George'a W., który został prezydentem, chociaż nie wiedział o świecie więcej od Donalda Trumpa. Barbara „Srebrny Lis” przemawiała na partyjnych konwencjach przedwyborczych, na których GOP nominowała jej męża i syna, a w czasie ich kadencji w wywiadach prasowych i telewizyjnych gorąco broniła ich polityki.

Dopiero w 2015 roku, gdy walkę o nominację prezydencką rozważał inny jej syn – Jeb – pani Bush zaskoczyła wszystkich, wyrażając wątpliwości, czy jego kandydatura ma sens. „Są inni ludzie, którzy się bardzo nadają (na prezydenta). Mieliśmy dosyć Bushów”, powiedziała. Kiedy jednak Jeb Bush podjął decyzję o kandydowaniu, zmieniła zdanie i zaczęła agitować za jego zwycięstwem. Jej wątpliwości okazały się prorocze – Jeb zdecydowanie przegrał z Trumpem. Sceptyczna uwaga Barbary Bush prawdopodobnie nie miała tu znaczenia – Amerykanom nie trzeba było przypominać, że jej syn to delfin prezydenckiej dynastii. W epoce buntu przeciw establishmentowi nie miał szans, zwłaszcza ze swym sposobem bycia refleksyjnego intelektualisty. Wypowiedź matki potwierdziła tylko jej zdolność do realnej oceny sytuacji, co zyskało jej dodatkowy szacunek i życzliwość.

Czytaj także: Wybory w USA: konkurs na najbardziej religijnych

Bezpośrednia, lojalna, nielubiana przez lewicę

Szczerość i bezpośredniość Barbary Bush wpędzała ją czasem w kłopoty. W czasie huraganu Katrina, kiedy odwiedziła tysiące powodzian z Nowego Orleanu ewakuowanych z zalanego miasta i koczujących na stadionie Astrodome w Houston w Teksasie, powiedziała, że ludzie ci „są i tak społecznie upośledzeni (underprivileged)”, więc na stadionie „mają się dobrze”. Ponieważ niemal bez wyjątku chodziło o Afroamerykanów, a ówczesnego prezydenta George W. Busha powszechnie krytykowano za opieszałą reakcję na kataklizm, wypowiedź jego matki zabrzmiała jak zgrzytliwy brak taktu. Wypomniano jej też, że na kilka dni przed inwazją Iraku, zapytana w TV, czy ogląda przygotowania do ataku, odpowiedziała: „Po co mam marnować mój piękny umysł na coś takiego?”. Zawsze zażarcie broniła polityki swoich najbliższych. W czasie przesłuchań w Senacie nominowanego przez swego męża do Sądu Najwyższego sędziego Clarence'a Thomasa atakowała feministki, które popierały oskarżającą sędziego o molestowanie seksualne Anitę Hill.

Mimo osobistej popularności nie była ulubienicą amerykańskiej lewicy. Do tego stopnia, że po jej śmierci w sieci pojawiły się wrogie wpisy, w tym zajadły atak niejakiej Randy Jarrar, profesorki anglistyki w prowincjonalnym college'u we Fresno w Kalifornii. Nazwała ona zmarła „rasistką, która wychowała zbrodniarza wojennego” i wyznała, że jest „szczęśliwa, że ta suka nie żyje”.

Barbara Bush nie była rasistką. W młodości sympatyzowała z ruchem na rzecz równouprawnienia Murzynów. Przez całe życie wspierała walkę z analfabetyzmem i wszelkie inne inicjatywy pomocy dla biednych i wykluczonych. Jako First Lady opowiadała się za ograniczeniem dostępu do broni palnej. Solidaryzowała się z Republikanami przeciwstawiającymi się radykalnym działaczom, którzy pchali partię w prawo i dziś dominują w GOP. Jej mąż George H.W. Bush był umiarkowanym republikańskim prezydentem. Niewykluczone, że jakiś w tym udział miała także jego żona Barbara.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną