Kosowo-Serbia: niebezpieczna zmiana granic

Puszka z demonami
Zmiana granic między Kosowem i Serbią z daleka wydaje się genialnym w swojej prostocie planem, rozwiązującym nierozsupływalny węzeł bałkański. Ale uwaga: wkraczamy na gigantyczne pole minowe!
Lech Mazurczyk/Polityka

„Kosowska Mitrovica... stąd już nie ma odwrotu” – serbskie graffiti w centrum miasta.
Laura Lezza/Getty Images

„Kosowska Mitrovica... stąd już nie ma odwrotu” – serbskie graffiti w centrum miasta.

Mitrovica. Miasto jest podzielone na część serbską i albańską. Granicę stanowi rzeka Ibar. Na zdjęciu most nad nią.
Legendre/Wikipedia

Mitrovica. Miasto jest podzielone na część serbską i albańską. Granicę stanowi rzeka Ibar. Na zdjęciu most nad nią.

Pomysł, nad którym dyskutują prezydenci Serbii i Kosowa, jest taki. Punkt pierwszy: Serbia dostaje zamieszkane przez Serbów terytoria w Kosowie, a Kosowo – albańskojęzyczne tereny w Serbii. Punkt drugi: Serbia w jakiejś formie uznaje Kosowo, oba kraje mogą wejść do UE. Punkt trzeci: wszyscy są szczęśliwi.

Obie strony mają tu do ugrania całkiem sporo: prezydent Serbii Aleksandar Vuić, odzyskując północne Kosowo, odwraca choć w części skutki upokorzenia swego kraju w latach 90. i wyjęcia spod władzy Belgradu dużej części regionów zamieszkanych przez etnicznych Serbów. Dziś bowiem, warto wspomnieć, istnieją de facto trzy Serbie: jedna – ta właściwa, zasiadająca w ONZ, przewodzona przez Vuicia; druga – Republika Serbska w Bośni, część składowa Federacji Bośni i Hercegowiny, państwa coraz bardziej dysfunkcyjnego; oraz właśnie Kosowo Północne: miejsce zarządzane przez nie do końca wiadomo kogo, kraj „pomiędzy”, który patrolują już kosowscy gliniarze, ale nadal płaci się tam w serbskich dinarach.

Z kolei Kosowo prezydenta Hasima Thaçiego jest krajem niepodległym, ale nie do końca uznanym. Stworzył je Zachód, „w drodze wyjątku”, jak często mówią natowscy decydenci, bo generalnie, jak wiadomo, Zachód separatyzmów nie popiera. Nie tylko nie poparł oddzielających się od Ukrainy czy Gruzji regionów (a sterująca w dużym stopniu tym oddzielaniem Rosja powoływać się lubiła na kosowski precedens), ale także zachodnie instytucje nie powiedziały złego słowa Madrytowi, gdy ten zaczął ścigać zapowiadających oderwanie od Hiszpanii katalońskich przywódców.

Kosowo, jednostronnie ogłaszając secesję 10 lat temu, zasłużyło na status „wyjątku” z tego prostego powodu, że po krwawej wojnie i nienawiści, jaka zapanowała pomiędzy Albańczykami i Serbami, trudno było już sobie wyobrazić jego powrót pod władzę Belgradu. Dziś wydaje się krajem różnym od Serbii nie mniej, niż Słowacja różni się od Węgier, do których przecież kiedyś należała.

Kto nie uznaje Kosowa?

Zresztą Kosowa w Europie nie uznaje nie tylko Rosja i jej wasale, ale także sporo krajów UE. Takich, które same mają problem z separatyzmami. Na przykład Słowacja i Rumunia z ich węgierskimi mniejszościami czy właśnie Hiszpania. Nie wiadomo zresztą, czy Kosowo – idąc tym kluczem – powinno uznać samo siebie, w swoich granicach również posiada bowiem separatyzm – serbski, w Kosowie Północnym właśnie.

Wjazdu od strony Serbii strzegą tam od pewnego czasu policjanci w kosowskich mundurach (dawniej byli to żołnierze sił międzynarodowych, malowniczo zmiksowani, można było np. trafić na obsadę graniczną złożoną z żołnierzy z Niemiec i Bangladeszu), ale dalej zaczyna się hiper-Serbia, aż po rzekę Ibar, za którą dopiero żyją Albańczycy. A w hiper-Serbii wszystko wydaje się większe niż w Serbii właściwej: serbskie sztandary zawieszone gdzie się da, serbskie graffiti domagające się sprawiedliwości dziejowej, serbski patriotyzm i nacjonalizm. Kosowo i tak praktycznie nie ma tu prawie władzy. Dlaczego nie darować komuś czegoś, czego i tak się nie posiada, a zyskać sporo?

Nadchodzi Dayton 2, tylko że dla Kosowa – ogłasza serbski szef MSW Ivica Daić, odnosząc się do porozumienia z 1995 r., zgodnie z którym dokonano podziału Bośni i Hercegowiny właśnie według zasad etnicznych, za co jest do tej pory krytykowane. Za jego bowiem sprawą zalegalizowano w gruncie rzeczy to, o co chodziło w jugosłowiańskiej wojnie: narody zostały rozdzielone. Ale jednocześnie kazano im nadal żyć w ramach jednego państwa. Bośnia i Hercegowina jest dziś więc beznadziejnie podzielonym krajem, którego oba podmioty, Republika Serbska i Federacja Bośni i Hercegowiny, wiodą w zasadzie odrębne żywoty, ale w jednym domu. Jakby tego było mało, od tej ostatniej, FBiH, stara się na wolność wyrwać chorwacka Hercegowina.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną