Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Tonąca wolność

Kuna Yala – wyspy, które toną

Bezludna wysepka – schronisko dla Kunów w podróży. Bezludna wysepka – schronisko dla Kunów w podróży. Waldemar Kuligowski
Raporty i prognozy dotyczące ocieplenia planety i spodziewanych skutków budzą trwogę. O podtapianych Malediwach słyszeli już wszyscy. A o Kuna Yala? Oto opowieść z innej części świata.
Lech Mazurczyk/Polityka
Morze jest podwórkiem, łodzie placem zabaw.Waldemar Kuligowski Morze jest podwórkiem, łodzie placem zabaw.
Na niewielkim Ustupu wykorzystywany jest każdy skrawek lądu.Waldemar Kuligowski Na niewielkim Ustupu wykorzystywany jest każdy skrawek lądu.
Sahila Leobihildo przemawia w siedzibie kongresu.Waldemar Kuligowski Sahila Leobihildo przemawia w siedzibie kongresu.
Codzienny ruch między wyspami a kontynentem.Waldemar Kuligowski Codzienny ruch między wyspami a kontynentem.

Artykuł w wersji audio

Nele Kantule nie jest tak znany jak inni indiańscy wodzowie rebelii: Tupac Amaru czy Szalony Koń. A jednak to on doprowadził swój lud do bezprecedensowego zwycięstwa. Kunowie mieszkają dzisiaj w Autonomicznym Regionie Kuna Yala i cieszą się wolnością podatkową i kulturową. Praktykują swoje rytuały, mają broń palną i własne posterunki na granicy terytorium. Policja panamska nie ma prawa na nie wkroczyć. Sprzedaż wspólnej ziemi – czy to kawałka wilgotnej dżungli w Kordylierach, czy którejś z wysp na Morzu Koralowym – jest wykluczona, choć na malownicze skrawki piasku otoczone rafami od lat ostrzą sobie zęby kolejni milionerzy.

Kantule urodził się w 1868 r. i od młodości interesował się historią swojego ludu. Podróżował do różnych jego odłamów, terminował u mędrców, poznawał tajniki biomedycyny. Nadane mu imię Nele wskazuje, że był uzdrawiaczem i szamanem. Gdy jego społeczność, żyjącą na brzegu morza, dotknęła powódź i plaga komarów, Kantule stał się jednym z orędowników przeniesienia się na pobliską wyspę Ustupu. Wspierała go w tym charyzmatyczna Adena, liderka kobiet. Był 1903 r. Dokładnie w tym samym czasie Panama oderwała się od Kolumbii i proklamowano powstanie nowej republiki.

Nowe państwo i jego władza miały swoje plany wobec ludności tubylczej. Indianie mieli się upodobnić do białych i przyjąć ich reguły. Na początku lat 20. doszło na tym tle do eskalacji konfliktu. Policja panamska strzelała do Kunów, próbując wymusić ich pełne rozbrojenie, a także porzucenie tradycyjnych strojów, w tym ceremonialnych ozdób nosa, zakładanych przez kobiety podczas rytuału inicjacji. Plądrowano ich wioski w poszukiwaniu złotej biżuterii i cenionych żółwi morskich. Namaszczony przez sahila Olokindibipilele, głównego przywódcę wszystkich Kunów, Kantule stanął na czele rewolucji.

Zjednoczeni Kunowie w lutym 1925 r. z morza i lądu zaatakowali posterunki policji. Maczety i broń palna okazały się na tyle skuteczne, że triumfujący Kunowie ogłosili proklamowanie Republiki Tule i oderwanie się od Panamy. Symbolem niezależności stała się flaga, na której kolor czerwony oznaczał krew i walkę, kolor żółty wschód słońca, czyli nadzieję, a odwrócona swastyka szczęście.

Mediacja Stanów Zjednoczonych, mających swoje interesy związane z Kanałem Panamskim, sprawiła, że Kunowie odstąpili od całkowitej separacji. W zamian za usunięcie policji i uznanie ich regionalnej autonomii powstańcy zgodzili się na pozostanie w granicach Panamy. W 1938 r. Panama ostatecznie uznała odrębność Comarca (regionu) Kuna Yala, terytorium o powierzchni prawie 2,5 tys. km kw., w tym 365 wysp rozrzuconych wzdłuż karaibskiego wybrzeża po wschodniej stronie Kanału Panamskiego.

Chicha i kongres

Poranek na Ustupu, Wyspie Królika, ma swój stały rytm. Zaczyna się od dęcia w muszlę sygnałową. Tuż przed szóstą sygnalista obchodzi całą wieś i daje znać o budzącym się dniu. Zaraz potem w części chat odzywa się głuche dudnienie. To ciężkie tłuczki rozgniatają duże zielone banany warzywne na miazgę, z której smaży się placuszki patacones. Szmery dobiegają z pobudowanych nad lustrem wody toalet, do których prowadzą wąskie pomosty z desek. Na wodzie dokoła wyspy śmigają wykonane z miękkiego pnia łódki. Jedne wracają z nocnych łowów krabów, inne niosą mężczyzn na połowy ryb albo na położone na stałym lądzie pola, gdzie hoduje się palmy kokosowe, drzewa mangowe, ananasy i trzcinę cukrową. – Nuwedi! Nuwedi! – rozbrzmiewa zewsząd. Słowo to oznacza i pozdrowienie, i stwierdzenie, że wszystko w porządku.

Nikt nie potrafi podać dokładnej liczby mieszkańców Ustupu. Literatura wspomina o 4 tys., na wyspie twierdzą jednak, że jest ich nie więcej niż 2 tys. Skąd ta różnica? Część Kunów studiuje i pracuje w stolicy kraju. Matrylinearne społeczeństwo aktywizuje kobiety, które można spotkać we wszystkich turystycznych miejscach Panamy. Są z daleka widoczne w kolorowych bluzkach molas, sięgających kolan spódnicach, barwnych chustach na głowach, koralikowych obręczach na przedramionach oraz łydkach i w złotej biżuterii. Z powodzeniem sprzedają rękodzieło, w znaczący sposób współtworząc rodzinne budżety. To właśnie ta mobilność utrudnia ścisłe szacunki.

Po pewnym czasie alejki między chatami zapełniają się dziećmi. Pierwsze lekcje rozpoczynają się tutaj o siódmej, a uczniowie obowiązkowo noszą mundurki: białe koszule i granatowe spodnie lub spódnice z tradycyjnymi, geometrycznymi wzorami molas. Dzieci mijają obelisk ku czci Nele Kantule na centralnym placu, słowa wielkiego sahila witają je też przy wejściu na teren szkoły. Po drodze są jeszcze dwa charakterystyczne budynki: ponad 20-metrowej długości ściany z trzciny, kryte wysokim dachem z liści palmowych. Jeden z nich to Inna Nega, dom chichy, otwierany kilka razy w roku dla rytuałów zaślubin lub wspólnej zabawy przy chichy z trzciny cukrowej, która fermentuje przez 12 dni. Drugim jest Onmaked Nega, siedziba kongresu, serce każdej wioski Kunów.

Do kongresu należą wszyscy mężczyźni. Od poniedziałku do piątku członkowie kongresu wysłuchują pieśni. Jako że wykonuje się je w starym języku kuna, ich sens, ten dosłowny i symboliczny, tłumaczą zebranym wtajemniczeni mówcy, ci „od podtrzymywania dachu”. W soboty i niedziele kongres obraduje. Rozmawia się o finansach, szkole, lokalnej polityce. Są sprawy większe i mniejsze – wybiera się przedstawicieli do ogólnego zgromadzenia Kunów, ale i rozważa kwestie zgody na rozwód bądź obecność na wyspie obcych. Przypomina się także o obowiązujących regułach. Jedną z nich jest zakaz spożywania alkoholu poza wyznaczonym czasem: od szóstej wieczorem w piątek do szóstej wieczorem w niedzielę. – U nas nie ma przemocy, ludzi śpiących na ulicy ani głodujących dzieci – tłumaczy Leobihildo, sahila na Ustupu od ponad 30 lat. – Ziemia daje nam wszystko, czego potrzebujemy do życia. I dlatego jesteśmy wolni.

Platon nie był nasz

W szkolnym planie lekcji są matematyka, hiszpański i angielski jako języki obce, wychowanie fizyczne, muzyka. Oprócz tego nauki naturalne, nauki społeczne, edukacja rodzinna. Rzecz jednak nie w odmienności nazw przedmiotów ani w tym, że lekcje w Kuna Yala trwają dokładnie 38 minut. – Dekadę temu postanowiliśmy zmienić programy nauczania – opowiada jowialny Toyo. – Chcieliśmy, by dzieci uczyły się przede wszystkim naszych tradycji: języka, tańców, metod uprawy roślin. Nie obyło się bez dyskusji, bo niektórzy myśleli, że to będzie krok w tył. 40-letni Toyo z zapałem oddaje się nauczycielskiej pasji. Pokazuje dzieciom stare tańce, pracuje też nad książkową wersją gramatyki kuna, dochód chce przeznaczyć na dofinansowanie edukacji dzieci.

– Całe nauczanie było oparte na naukach i wizjach białego człowieka – objaśnia inny nauczyciel, leciwy Olonidi, obeznany z mitologiami i religiami całego świata. – A przecież ani Platon, ani Arystoteles nie znali naszego życia. Musimy wrócić do indiańskich nauk. To nasze zadanie. Dzieci nie tylko biegle mówią w języku kuna, który przyswajają w domu, ale uczą się w nim pisać i czytać.

Odrzucenie państwowego systemu nauczania sprzyja zachowaniu identyfikacji z własnym ludem. To istotne, bo edukacja jest przez Kunów wysoko ceniona. Uczniowie dostają stypendia. Na studia dla wybranych składają się całe rodziny, a dyplom jest powodem do prawdziwej dumy. Absolwenci studiów najczęściej wracają do swoich społeczności. I choć na Ustupu nie ma szpitala, to mieszka tam kilku dyplomowanych lekarzy, a szkolny nauczyciel angielskiego ma za sobą praktyki w USA. Co więcej, profesja nauczyciela cieszy się prestiżem i jest sowicie wynagradzana przez rząd. Prawie 2 tys. dol. miesięcznie jest kwotą, której na Ustupu wydać nie sposób. Wspiera się więc rodzinę i buduje domy w okolicy. Po południu, gdy lekcje są już zakończone, nauczyciele pracują tak jak inni mężczyźni na morzu albo w polu.

Woda podgryza

Tylko trzy społeczności Kunów żyją dzisiaj na stałym lądzie. Pozostałych 49 zamieszkuje wyspy wzdłuż ponad 200-kilometrowego wybrzeża. Większość z zasiedlonych wysp położona jest blisko lądu, z Ustupu na kontynent jest może pół kilometra. Mimo pozornej bliskości lądu dostęp do wiosek Kunów jest jednak trudny. Dobrze widoczny kontynent spowijają bowiem kłęby mgieł, niczym całun okrywające górzystą, trudną do przebycia dżunglę. Nie bez powodu Drogi Panamerykańskiej, łączącej skrajne punkty obu Ameryk, nie udało się poprowadzić tylko w jednym miejscu: przez dżunglę Darién, przylegającą do Kuna Yala.

By dotrzeć na wyspy, należy więc wsiąść albo do awionetki w Ciudad de Panamá, albo na pokład drewnianej łodzi motorowej w Puerto de Carti. W tym drugim przypadku trzeba wcześniej przejechać panamski odcinek Kordylierów i pomyślnie przekroczyć strzeżoną granicę autonomii Kunów. Jedno pozostaje niezmienne – Kunowie muszą wyrazić zgodę na obecność obcego na swoim terytorium. A gdy już uzyska się takie pozwolenie i uiści stosowną opłatę, wizyta na każdej kolejnej wyspie oznacza audiencję u lokalnego sahila i starania, by usłyszeć z jego ust: Nuwedi!, możecie zostać.

Ruch turystyczny w Kuna Yala, napędzany wizją tropikalnego raju, jest kontrolowany. Wakacje w palmowych chatach na bezludnych atolach oznaczają pobyt w zamkniętych enklawach, bez prawa wglądu w codzienne życie Kunów. Nieświadomi tych ograniczeń turyści narzekają na forach, że tubylcy żądają opłat za robienie im zdjęć bądź ostentacyjnie odwracają się plecami do tych, którzy próbują je zrobić za darmo. Nie o wrogość jednak tutaj idzie, ale o przestrzeganie reguł. Autonomia wymaga ograniczonej dostępności, w przeciwnym razie mogłaby zostać zadeptana przez turystów i przemysł hotelarsko-wypoczynkowy.

Nie oznacza to, że Kunowie nie czerpią z dorobku świata euroamerykańskiego. Krążące między wyspami kolumbijskie stateczki towarowe dowożą plastikowe okna, armaturę sanitarną, plazmowe telewizory, agregaty prądotwórcze. Przy coraz liczniejszych chatach pysznią się talerze telewizji satelitarnej. Wieczny rewolucjonista Andres, który uważa się za potomka Nele Kantule, bo sam walczył razem z zapatystami w meksykańskim Chiapas i z partyzantami w Nikaragui, raczył autora muzyką Pink Floyd, z „Another Brick in the Wall” na czele. Nauczyciel Toyo uczył dzieci nie tylko tradycyjnych układów, ale też kroków do globalnego hitu „Despacito”. Priorytetem nadal jest jednak prowadzenie tradycyjnego stylu życia, blisko ziemi, w zgodzie z naukami zawartymi w dawnych pieśniach.

Tak pomyślana i realizowana autonomia podglądana jest przez innych. Liderzy Kunów od lat są zapraszani na konferencje amerykańskich ludów tubylczych, gdzie opowiadają o ustroju Kuna Yala. Odwiedzają ich też przedstawiciele Basków i Saamów, od dawna starający się o wypracowanie własnych modeli autonomii. Ci Kunowie, którzy uczą się lub pracują w Panamie, w większości z ulgą wracają do domów. – Tutaj jest spokój i porządek. Tutaj mogę odpocząć i spokojnie żyć – powtarzają.

Kunowie to lud, który doświadczył wielkiego exodusu. Kilka ostatnich stuleci oznaczało dla nich wędrówkę w poszukiwaniu bezpiecznego domu. Najpierw, po pierwszych kontaktach z konkwistadorami, opuścili ziemie na pograniczu Wenezueli i Kolumbii. Przesuwając się na północ, weszli w konflikt z żyjącymi tam plemionami, musieli więc szukać schronienia w nieprzyjaznej dżungli na karaibskim wybrzeżu. Stamtąd zaś wyemigrowali na pobliskie wyspy. Rewolucja z 1925 r. i pilnie strzeżona autonomia miały ostatecznie zabezpieczyć ich egzystencję.

Mieszkanie na wyspach długo było atutem. Pozwalało na odsunięcie zewnętrznego świata, traktowanego jako niebezpieczny, zanieczyszczony i wyzbyty wartości. To jednak, co dawniej było wybawieniem, obecnie staje się zagrożeniem. Małe, płaskie wysepki Kuna Yala przed sztormem chronią pierścienie raf. Ale rafy są bezradne wobec podnoszenia się poziomu wód oceanu.

A woda z każdym rokiem coraz bardziej podgryza wyspiarską ojczyznę Kunów. Lud, który skutecznie oparł się przemocy militarnej, staje w obliczu zagrożenia, przed jakim nie chroni żadna autonomia. Być może rodziny Kunów ponownie będą zmuszone do migracji, tym razem z powrotem na stały ląd. Byłaby to kolejna odsłona najnowszej historii uchodźstwa, historii, której także my – jako świadkowie i współsprawcy globalnego ocieplenia – jesteśmy uczestnikami.

Tekst i fotografie Waldemar Kuligowski

Polityka 44.2018 (3184) z dnia 29.10.2018; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Tonąca wolność"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
01.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną