Świat

Terrain ahead!

„Polska mogłaby być lepsza” – nowa książka Radosława Sikorskiego

Radosław Sikorski jako minister spraw zagranicznych ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem na balkonie Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich, 2010 r. Radosław Sikorski jako minister spraw zagranicznych ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem na balkonie Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich, 2010 r. Kacper Pempel/Reuters / Forum
Radosław Sikorski, upadła gwiazda PO, napisał książkę, której tytuł każdy może pochwalić: „Polska mogłaby być lepsza”. Pytanie tylko, jak to zrobić?

Najdłużej urzędujący w Polsce szef dyplomacji opisuje – często szczegółowo – swoje siedem lat na stanowisku (2007–14). Intencjonalnie czy nie, ten opis podkreśla różnice między przeszłością i pisowską teraźniejszością. Te różnice uderzające są zwłaszcza w czterech sprawach.

Stosunek do świata

Sikorski, jak się wydaje, całkowicie porzucił młodzieńczy romantyzm, który kiedyś – jeszcze jako dziennikarzowi – kazał mu często z narażeniem życia i z karabinem przemierzać bezdroża Afganistanu. Hasłem jego ministerialnej polityki był trzeźwy realizm, rygorystyczna ocena sił, wstręt do tromtadracji. W książce powołuje się na przytyki Aleksandra Bocheńskiego z „Dziejów głupoty”; przytaczam zwłaszcza dwa: „złe rozeznanie reakcji sąsiadów i mocarstw” oraz „przedstawianie klęski jako zwycięstwa i odmowa wyciągnięcia wniosków”.

W exposé z 2014 r. Sikorski akcentował, że pozycja kraju w świecie zależy od jego gospodarki, więc pośrednio wytknął PiS, ale i wszystkim Polakom, pewną naiwność, murzyńskość, żeby powtórzyć jego własne, niefortunne określenie. Mam nadzieję, że nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że w trakcie rozmowy wyznał mi kiedyś, że w Muzeum Powstania Warszawskiego widziałby osobną salę przedstawiającą ostatnią naradę przed wydaniem rozkazu o rozpoczęciu powstania i z powtarzanym z głośnika ostrzeżeniem samolotu nad Smoleńskiem: „terrain ahead”, w znaczeniu: zderzycie się z ziemią i zginiecie.

Trudno o większy kontrast z podejściem dzisiejszych elit kierujących się przeświadczeniem, że Polska jest kowalem własnego losu i że to reszta świata musi się do nas dostosować. Stoi za tym jakaś tania ideologia o antypolskim spiskowaniu, nieprzyjmowaniu europejskich chorób, a także manifestowanie partnerom przekonania o moralnej wyższości własnej w haśle „chrystianizowania (zepsutej) Europy”.

Jak na przykład można – bez skrajnego zaniepokojenia – przyjąć publiczne oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego, że nikt nam „nie narzuci” postępowania z zewnątrz. I że „nawet jeśli w Europie w pewnych sprawach pozostaniemy sami, to pozostaniemy!”. Dobrze, że Kaczyński dodaje: „w pewnych sprawach”, ale i tak wieje grozą. Nie rozumiem, jak którykolwiek Polak może powiedzieć spokojnie, że jego ojczyzna zostanie osamotniona. Wiadomo, jak to się zawsze kończyło.

Stosunek do Niemiec

Witold Waszczykowski nie jest już szefem dyplomacji, ale nadal konsekwentnie prezentuje poglądy elit PiS. Napisał m.in. obszerny artykuł na niedawną wizytę kanclerz Angeli Merkel, która przyjechała do Warszawy z całym niemieckim rządem. Zupełnym kuriozum był w tym artykule zarzut wobec Niemki, że popieranie przez nią Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej było „skrajnie lekceważącym antypolskim (tak!) działaniem”.

Waszczykowski zarzucił naszym partnerom w Berlinie również „bezprecedensowy atak niemieckich mediów na polski rząd”, a nawet „groźby” niemieckich polityków (uzależnienie dopłat unijnych od przestrzegania praworządności i solidarności europejskiej w przyjmowaniu imigrantów). Z kolei inny bohater PiS poseł Arkadiusz Mularczyk całkiem oficjalnie na 2019 r. przygotowuje raport w sprawie reparacji wojennych, których będziemy domagać się od Niemiec.

I znów trudno o większy kontrast z polityką Sikorskiego. Do dziś PiS nie może przetrawić jego słynnego oświadczenia z Berlina z listopada 2011 r.: „Zapewne jestem pierwszym w historii ministrem spraw zagranicznych Polski, który to powie: mniej zaczynam się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności”. Nic dziwnego, że berlińska gazeta „Tagesspiegel” pisała ostatnio tak: „Duża część Niemców i Polaków stała się sobie w minionych latach obca. Nie rozumieją sposobu myślenia panującego w sąsiednim kraju i mają mu to za złe”. To prędzej czy później musi się przełożyć na nasze wzajemne stosunki.

Co z tą Ameryką?

Sikorski – jak już pisaliśmy na tych łamach (POLITYKA 27/14) – jest rozczarowanym entuzjastą USA. W podsłuchanej rozmowie, która była przyczyną jego odejścia, mówił z oburzeniem, jak Polacy zbyt łatwo i za darmo robią Amerykanom łaskę (czy też w oryginale jeszcze dosadniej). W książce szczegółowo wyjaśnia, jak to było z rokowaniami na temat tarczy antyrakietowej. Tłumaczy, że PiS chciał z pozyskania tarczy uczynić wiernopoddańczy akt strzelisty, aby tylko złapać mocarstwo za poły. Natomiast on upierał się przy prawdziwych negocjacjach, by zrekompensować Polsce straty, jakie ponosiłaby w stosunkach z niechętną tarczy Rosją. Tym bardziej że ówczesna tarcza służyła obronie terytorium USA, a nie Polski.

Tytułem ostrzeżenia Sikorski przytacza historię dawnego przywódcy Polonii amerykańskiej z okresu wojny Karola Rozmarka, którego Roosevelt oszukał w sprawie poparcia granic Polski. A właściwie potraktował z równą nonszalancją co Jana Karskiego, błagającego o ratunek dla polskich Żydów. To znacznie więcej niż historyczna ciekawostka. Polacy powinni nie tylko ją znać, ale i dobrze sobie przyswoić jako memento. Nie można rozbudzać nierealistycznych oczekiwań, tym bardziej przy obecnym prezydencie USA.

Wydaje się, że PiS przejmuje dziś rolę zbiorowego Rozmarka. Źródła dyplomatyczne podają, że szef MON Mariusz Błaszczak nadmiernie lansował w USA pomysł „fortu Trumpa”, który teraz – po wyborach oddających decyzje budżetowe w ręce demokratów – raczej nie przyjmie takiej nazwy, o ile w ogóle powstanie. Zresztą nie tylko PiS godził się na sojusz z USA na każdych warunkach. Robiły to również poprzednie rządy.

Warto przypomnieć sobie chociażby czasy przetargu na myśliwce, w którym stawała też francuska firma Dassaulta z mirage’ami. Francuzi przekonywali, że dużo lepiej zawrzeć kontrakt z ich firmą, a nie np. z rządem, bo taki podlega trzeźwemu arbitrażowi gospodarczemu. A w umowie międzyrządowej z USA Polska zawsze będzie słabszą stroną. Mimo oficjalnego przetargu na samoloty nikt wówczas w Polsce na serio nie myślał, że można wybrać coś innego niż amerykańskie F-16. Także żołnierka w Iraku i Afganistanie nie przyniosła Polsce tyle, na ile liczono. I nie mówię już o naiwności rządu przy sprawie udostępnienia CIA ośrodka w Starych Kiejkutach.

Sikorski słusznie podkreśla, że bezpieczeństwo Polski jest dla USA istotne, ale nie niezbędne. Tym bardziej więc ryzykowna jest polityka PiS, który coraz silniej wiąże Warszawę z Waszyngtonem, stawiając przesadnie na Trumpa. „Dzisiejszy sojusznik ideologiczny gloryfikuje narodowe samolubstwo, które z jakiegoś powodu miałoby nie dotyczyć Polski” – ostrzega autor. I co gorsza, PiS prowadzi taką politykę kosztem stosunków Polski z europejskimi sojusznikami. A prawdziwa wojskowa pomoc amerykańska, jeśli nie daj Bóg będzie kiedyś potrzebna, przyjdzie przecież przez Niemcy. Nie ma innej drogi.

Polska w Unii

Sikorski przypomina, że Lech Kaczyński, obecna ikona prawicy, nie był nacjonalistą, lecz umiarkowanym euroentuzjastą. PiS zdecydowanie odszedł od tej linii. „W nacjonalistycznym umyśle nie mieści się to, że interesy narodu można w niektórych dziedzinach lepiej realizować na poziomie ponadnarodowym” – pisze. W pojedynkę jesteśmy słabi, a wspólnie z Unią – prawdziwym mocarstwem. Prawda, że jedność buduje się bardzo mozolnie, ale to nie znaczy, że wolno Unię obrażać i przy każdej okazji torpedować.

Unia powstała jako twór bezduszny: Wspólnota Węgla i Stali – z nieśmiałą nadzieją, że później zrodzi się jakieś wspólne europejskie marzenie. Bronisław Geremek w eseju „Prawdziwa europejska wspólnota” na rok przed przystąpieniem do niej Polski pisał, że już wtedy Europa zawodziła. Dlaczego? Bo każda wspólnota polityczna, by przetrwać i się rozwijać, musi budować poczucie przynależności. Bez tego nie ma prawdziwej integracji. „Jeśli Unia ma pokonać narodową parafiańszczyznę, musi przemawiać językiem, który ocenia, co dobre i złe, piękne i brzydkie, słuszne i niesłuszne”.

Tymczasem PiS zupełnie oficjalnie działa w odwrotnym kierunku. Chwali się, że nie będziemy „płynąć w głównym nurcie”. Powołał nawet w Sejmie podkomisję, by zbadać, czy aby mamy w ogóle jakieś korzyści z Unii. Sam prezydent lekceważąco mówi o „wspólnocie wyimaginowanej”, a cytowany już Waszczykowski po obśmianiu zachodnich wegetarian i cyklistów pisze wprost, że jest przeciwko wszelkim utopiom polityczno-ideologicznym, zarówno w kwestiach ustroju UE, jak i prawa. To, że Unia boli PiS, widać aż nadto.

***

Książka omawia szerzej politykę wobec Ukrainy, dramatyczne wysiłki, w tym i autora, by uniknąć dramatu Majdanu i doprowadzić do pokojowej transformacji na wzór polski. Wiele miejsca Sikorski poświęca Rosji Władimira Putina, na którą nikt nie ma pomysłu. Oczywiście i tak miał szczęście: szefował dyplomacji w najlepszym jak dotąd dla Polski okresie. Już zaaklimatyzowaliśmy się w zachodnich strukturach, a jeszcze nie nadszedł pochód nacjonalizmów i trumpizmu.

Pisze też Sikorski o kadrach w MSZ, co wielu zaciekawi. Zgodnie z zapowiedzią odsłania kulisy polskiej dyplomacji, a przy okazji odsłania i swoje wady. Za mało pracy zespołowej, niewyparzony język. Ale że złośliwości są inteligentne, Sikorski się ich nie wstydzi. Odwrotnie, powtarza je. Na przykład, kiedy żona Jana Rokity Nelli przeszła z PO do PiS, Sikorski powiedział na wiecu: „Dzięki temu transferowi podniesie się poziom intelektualny obu ugrupowań”. W okresie urzędowania wysłał ok. 8 tys. tweetów i – jak kiedyś nam przyznał – może wśród nich było „kilka kontrowersyjnych”. Chyba więcej niż kilka? – To jest kłopot, ale per saldo lepiej dla kraju, bo nudziarzy nikt nie słucha – odparł wówczas.

Do prawdziwej polityki potrzebne jest myślenie długoterminowe. Politycy nie mają na to czasu, rzucają się na problemy od wyborów do wyborów. Jak pokonać tę wadę? W stulecie odzyskania niepodległości warto przypomnieć słowa twórcy polskiego listopada 1918 r. Józefa Piłsudskiego: „Słabość ma zawsze jedną konsekwencję – zamiłowanie do wielkich słów bez treści”. Za dużo dzisiejsi rządzący rzucają wielkich słów. A na pytanie, czy polityka zagraniczna mogłaby być lepsza, książka nie odpowiada wprost, ale wiele można wywnioskować z argumentacji. Dopóki polityka wewnętrzna PiS, schlebianie wyborcom i ksenofobicznym instynktom tak bardzo wyznacza kierunek polityki zagranicznej, dopóty pozycja Polski w świecie lepsza być nie może.

***

Radosław Sikorski, Polska może być lepsza, Wydawnictwo Znak Horyzont, Warszawa 2018 r.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną