Dlaczego warto pamiętać o George′u H.W. Bushu
Pożegnano 41. prezydenta USA. Zmarły w sobotę George H.W. Bush był przywódcą, któremu świat zawdzięcza więcej niż Ameryka. Współpracownicy zapamiętali jego takt, poczucie przyzwoitości i ciepło.
Pogrzeb George W.H. Busha w Waszyngtonie.
Chen Mengtong/China News Service/VCG/Forum

Pogrzeb George W.H. Busha w Waszyngtonie.

Los zdecydował, że objął władzę w momencie, kiedy historia przyspieszyła i wzięła gwałtowny zakręt – rozpadał się Związek Sowiecki, bankrutował komunizm, kończyła się zimna wojna. Głównymi aktorami, jeśli nie sprawcami, przełomu byli: jego poprzednik w Białym Domu Ronald Reagan i ostatni gensek Michaił Gorbaczow.

Bush miał już scenę przygotowaną, surfował na pędzącej fali, ale robił to zręcznie i pilnował, żeby wszystko odbywało się pokojowo. Miał doskonałe przygotowanie do tej roli – doświadczenie ambasadora przy ONZ, w Chinach, dyrektora CIA, a wreszcie wiceprezydenta.

Polska leżała mu na sercu

Jak niemal wszyscy politycy ówczesnego amerykańskiego establishmentu, Bush senior nie wierzył, że imperium sowieckie rozpadnie się tak szybko. Przemówienie w Kijowie, w którym zachęcał Ukraińców do pozostania w ZSRR, wskazuje, że starał się raczej hamować lub spowalniać pęd lawiny.

Czytaj też: Madeleine Albright ostrzega przed zjawiskiem faszyzmu i nacjonalizmu

Kiedy runął mur berliński, wbrew sugestiom swoich doradców, Kongresu i mediów nie pojechał do Berlina, by ogłosić tam triumf Zachodu, bo nie chciał zanadto upokarzać Gorbaczowa. Pozostał przede wszystkim dyplomatą. Ale gdy ważyły się losy Niemiec, a prezydent Francji François Mitterand i premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher niechętnie odnosili się do ich zjednoczenia, zdecydowanie poparł kanclerza Helmuta Kohla i jego wizję zjednoczonego kraju, ale nadal członka NATO.

To ostatnie nie było przesądzone, gdyż niektórzy niemieccy politycy woleli, by Niemcy stały się państwem neutralnym. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby wtedy dalsza historia Europy – oczywiście Polska nigdy nie weszłaby do sojuszu. To także dlatego, oprócz podróży do naszego kraju w lipcu 1989 r. i poparcia pomocy ekonomicznej, winniśmy Bushowi wdzięczność. Jan Nowak Jeziorański powiedział kiedyś autorowi tego tekstu, że spośród amerykańskich prezydentów po II wojnie światowej – a kurier z Warszawy znał ich wielu – to właśnie jemu najbardziej Polska leżała na sercu.

Czytaj też: Jak Zachód kiedyś dogadywał się z ZSRR

Konstruktor nowego globalnego ładu

Największe osiągnięcie George′a H.W. Busha to oczywiście zmontowanie w 1990 r. koalicji kilkudziesięciu państw przeciwko Irakowi Saddama Husejna, który napadł na Kuwejt. Tu także miał trochę szczęścia: dzięki kryzysowi ZSRR kampanię nad Zatoką Perską udało się przeprowadzić z mandatem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Mandat ten nie przewidywał obalenia Saddama, dlatego pretensje, że wojska amerykańskie zatrzymały się w połowie drogi do Bagdadu, są bezsensowne. Na zmianę reżimu i okupację Iraku zdecydował się dopiero syn Busha, rozpętując wojnę kosztującą setki tysięcy ofiar, w tym ponad 4 tys. żołnierzy USA, niszcząc prestiż i wiarygodność Ameryki jako racjonalnego strażnika ładu międzynarodowego.

Bush ojciec dobrze wywiązał się z roli konstruktora nowego globalnego ładu po zakończeniu zimnej wojny, ale nie potrafił poradzić sobie z nabrzmiałymi problemami w kraju, który łaknął owoców pokojowej dywidendy i akurat pogrążał się w recesji. Nigdy nie był typem przywódcy z własną, wyrazistą wizją Ameryki, charyzmą potrzebną do zjednoczenia Partii Republikańskiej czy zdolnościami komunikacyjnymi niezbędnymi do rozmowy ze społeczeństwem.

Dlatego w 1992 r. przegrał walkę o reelekcję. Sławetne spojrzenie znudzonego Busha na zegarek w czasie debaty telewizyjnej z Billem Clintonem i Rossem Perotem ukazało w obrazowym skrócie, że zwycięzca Saddama nie przystaje już do nowych czasów.

Czytaj też: Czego chcemy od Ameryki

Przedstawiciel „najwspanialszego pokolenia”

Dziś Ameryka wspomina go ze wzruszeniem. Sylwetka zmarłego prezydenta rośnie bowiem, zwłaszcza na tle obecnego lokatora Białego Domu. Odszedł jeden z ostatnich prominentnych przedstawicieli „najwspanialszego pokolenia” – weteranów II wojny światowej, którzy wyzwalali Europę od nazizmu. Ludzi, dla których służba krajowi i gotowość ofiary życia stanowiła imperatyw kategoryczny.

Bush mógł przeczekać wojnę na studiach w Yale, ale sam, jako 18-latek, zgłosił się do lotnictwa marynarki wojennej. W walce powietrznej został zestrzelony i ranny na Pacyfiku. Jako syn wpływowego i zamożnego senatora miał w życiu łatwiej niż przeważająca większość Amerykanów, ale nigdy nie okazał arogancji dziedzica finansowo-politycznej dynastii. Ci, którzy go znali najbliżej, jak jego sekretarz stanu James Baker, podkreślają skromność Busha seniora, takt, poczucie przyzwoitości i ciepło, jakim obdarzał innych. W niczym nie uchybił godności prezydenckiego urzędu.

Czytaj też: Trump to zbawca, burzyciel czy clown

Byli i są tacy Amerykanie

Trzeba to przypomnieć, bo później bywało już gorzej. Jego dwaj następcy, w tym własny syn, unikali służby wojskowej – choć może tłumaczą ich częściowo kontrowersje wokół wojny w Wietnamie, a bezpośredni sukcesor wyprawiał w Pokoju Owalnym swawole nieprzystojące temu miejscu. Wyczyny Billa Clintona, skądinąd dobrego prezydenta, tak obniżyły normy przyzwoitości, że na to jak zachowuje się obecny prezydent, nikt już nie zwraca specjalnej uwagi. Oczywiście to tylko cząstka wyjaśnienia fenomenu Donalda Trumpa, ale istotna.

A jeśli zestawić go z Bushem seniorem, to uderza także różnica między wizjami świata ich obu. Bush wierzył w globalne przywództwo Ameryki, rozumiane jako jej odpowiedzialność za losy świata i wspólne rozwiązywanie jego problemów w drodze współpracy i wielostronnych porozumień. Trump uważa, że liczą się tylko egoistyczne interesy USA, multilateralizm nie ma sensu, a żeby świat Amerykę szanował, powinien przede wszystkim pamiętać o jej sile, militarnej i ekonomicznej.

I znowu – czasy są oczywiście inne niż 25–30 lat temu, supermocarstwo już nie dominuje tak jak wtedy, więc obecny prezydent ma trudniejsze zadanie. Ale nie ulega wątpliwości, że Trump ze swoją retoryką America First, „pokoju poprzez siłę” i budowaniem murów powiela negatywny stereotyp „paskudnego Amerykanina” – aroganckiego, butnego, zarozumiałego oraz pełnego pogardy wobec innych narodów i ras, których nie zna i nie rozumie.

Warto pamiętać, że to tylko kawałek Ameryki. Że byli i są tacy Amerykanie, jak George H.W. Bush.

Czytaj też: Trumpowi na świecie ufa mniej ludzi niż Putinowi

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną