Świat

Prowokator

USA: prowokator na usługach Trumpa

Trump i Miller, choć różni ich prawie 40 lat, szybko znaleźli wspólny język. Trump i Miller, choć różni ich prawie 40 lat, szybko znaleźli wspólny język. Jonathan Ernst/Reuters / Forum
30-letni Stephen Miller już nie tylko pisze Donaldowi Trumpowi przemówienia, ale też mówi, co prezydent ma robić. Na przykład strzelać gazem do nielegalnych imigrantów i zabierać im dzieci.
Podobno to właśnie Miller wpadł na pomysł, żeby rozdzielać złapane na granicy z Meksykiem rodziny, tzn. separować dzieci od rodziców.Gage Skidmorea/Wikipedia Podobno to właśnie Miller wpadł na pomysł, żeby rozdzielać złapane na granicy z Meksykiem rodziny, tzn. separować dzieci od rodziców.

Wiosną 2012 r. Ameryka nie otrząsnęła się jeszcze po atakach z 11 września. Amerykańscy żołnierze w Afganistanie daremnie próbują wytropić Osamę bin Ladena. A w Białym Domu trwają sekretne przygotowania do kolejnej inwazji – tym razem na Irak.

W tym szczególnym czasie patriotycznego wzmożenia 16-letni Stephen Miller, uczeń szkoły średniej w Santa Monica, odczuwa niedosyt patriotyzmu. Nie może pogodzić się z faktem, że jego koledzy i nauczyciele – jak zresztą całe miasteczko ciągnące się wzdłuż największej plaży hrabstwa Los Angeles – są zakażeni ideami liberalnymi i progresywnymi.

Ale jakimiż patriotami mogą być nastoletni latynoscy imigranci, którzy – jak lamentuje Stephen – mają elementarne problemy z wysławianiem się po angielsku? I jak wytłumaczyć fakt, że przysięgę na wierność sztandarowi recytowano w szkole zaledwie dwa razy w tygodniu, zaś codziennie, bez żadnych ograniczeń, rozdawano uczniom klas 9–12 prezerwatywy?

Frustrację i bunt przeciwko tym pożałowania godnym zjawiskom chłopak wyraził w liście do gazety „Santa Monica Outlook”: „W naszej szkole nawet Osama bin Laden czułby się jak u siebie w domu. (…) Tutaj dowiemy się, że amerykańscy żołnierze zabijają niewinnych ludzi, a Indianie, którzy pomagali pierwszym pielgrzymom, byli mordowani albo zamykani w rezerwatach. (…) Zapewne byłoby lepiej, gdybyśmy żyli razem z Indianami, nauczyli się malować obrazki palcami, stawiać namioty i akceptować zwyczaj skalpowania naszych pionierów – jako część indiańskiej kultury. Ale wtedy nigdy nie stalibyśmy się narodem, który powstrzymał Hitlera, rzucił komunizm na kolana i nakarmił więcej głodnych tego świata niż jakikolwiek inny kraj”.

Ten list zapoczątkował karierę polityczną, której młodociany autor nie mógł sobie wyśnić. Trafił do Białego Domu, gdzie służy obecnemu prezydentowi jako zaufany doradca, dyżurny autor przemówień i dekretów wymierzonych przeciwko imigrantom. Fakt, że taką pozycję zdobył w Waszyngtonie ktoś, kto ledwie przekroczył trzydziestkę, nie jest czymś bezprecedensowym. Jonathan Favreau, autor przemówień Baracka Obamy, to rocznik 1981.

Kto zbiera śmieci

Miller osiągnął znacznie więcej niż Favreau. Nie tylko pisze przemówienia prezydenta, ale cieszy się wyjątkowo złą sławą; jest uważany przez liberalnych komentatorów za postać szczególnie cyniczną, bezczelną i podłą – nawet jak na wyśrubowane w tym zakresie standardy administracji Donalda Trumpa. Podobno to właśnie Miller wpadł na pomysł, żeby rozdzielać złapane na granicy z Meksykiem rodziny, tzn. separować dzieci od rodziców.

Oksymoron „cieszy się złą sławą” jest w tym przypadku jak najbardziej na miejscu. Dawni znajomi Millera twierdzą bowiem, że nic nie sprawia mu większej satysfakcji niż właśnie szokowanie, granie przeciwnikom na nerwach i wyprowadzanie ich z równowagi. Od najmłodszych lat był prowokatorem i trollem. Dlatego np. na jednym z uczniowskich zebrań stwierdził: „Czy jestem na tej sali jedynym, który ma dosyć pouczeń, że mam zbierać po sobie śmieci?! Przecież mamy mnóstwo sprzątaczek i sprzątaczy, którym płacą, żeby to za nas robili”.

Po szkole średniej Miller przenosi się na Wschodnie Wybrzeże, żeby studiować nauki polityczne na Duke University w Północnej Karolinie. Uczelnia ta, choć mniej znana w Europie niż Harvard czy Stanford, w większości rankingów plasuje się w pierwszej dziesiątce najlepszych uniwersytetów w USA. Również tam Miller szybko dał się poznać jako prawicowy troll i prowokator. Nawet na gruncie towarzyskim. Miał w zwyczaju publicznie nagabywać koleżanki o poglądach lewicowych stwierdzeniem, że „razem spłodzilibyśmy piękne potomstwo”. „Nie odbierałam tego jako molestowanie, ale jednak było w tym coś socjopatycznie obleśnego” – wspomina jedna z nich na łamach „The Atlantic”.

Miller skupiał się jednak przede wszystkim na polityce. Zorganizował m.in. spotkanie z Davidem Horowitzem, autorem książki „Profesorowie. 101 najbardziej niebezpiecznych akademików w Ameryce”. Na liście znajdują się dwaj wykładowcy z Duke University. Zaproszenie skrajnego konserwatysty albo rasisty na uniwersytet to klasyczna prowokacja prawicowych trolli. Afera wybucha często jeszcze przed spotkaniem, kiedy studenci albo wykładowcy protestują przeciwko wizycie gościa. Wtedy trolle mogą triumfalnie ogłosić, że lewica nie szanuje wolności słowa i boi się otwartej debaty.

Ciasteczka afirmatywne

Popularną prowokacją jest też uniwersytecki kiermasz ciastek sprzedawanych w różnych cenach – zależnie od rasy kupującego. Dla białych studentów i wykładowców ciastka są droższe, dla kolorowych – tańsze. W ten sposób prawicowi studenci dowodzą, że akcja afirmatywna, czyli ułatwiony dostęp na studia dla czarnych Amerykanów, nie ma sensu i jest rodzajem współczesnego rasizmu à rebours (bo dyskryminowani są biali). „Lubię stawiać ludzi w niekomfortowych sytuacjach; rzucać wyzwania, które zmuszają ich do przemyślenia swoich postaw i poglądów” – wyznał Miller w jednym z wywiadów.

W 2006 r. doszło na Duke do incydentu, o którym głośno było w całej Ameryce. Zawodnicy uniwersyteckiej drużyny hokeja na trawie zamówili na prywatkę dwie striptizerki, zastrzegając, że mają być białe. Przyjechały dwie czarne i w dodatku pijane, co nie spodobało się chłopakom. Co gorsza, striptizerki drwiły z ich rzekomo niewielkich męskich atrybutów. Doszło do rozróby na tle alkoholowo-rasowo-seksualnym. Następnego dnia jedna ze striptizerek oskarżyła trzech zawodników o gwałt. Prokurator formalnie postawił ich w stan oskarżenia, twierdząc, że motywem była rasowa nienawiść. Uniwersytet zawiesił ich zanim zapadł wyrok.

Miller stanął w obronie zawodników. Przekonywał, że oskarżenia są pochopne i oparte na wątłych podstawach. Że to prokurator powiela stereotyp czarnoskórej dziewczyny skrzywdzonej przez białych mężczyzn. Po roku sąd wszystkich uniewinnił, a uniwersytet zapłacił im wielomilionowe odszkodowania. Prokurator został symbolicznie skazany na jeden dzień więzienia za naginanie faktów w śledztwie.

Pięć minut sławy po triumfie Miller wykorzystał, żeby dostać się do elitarnego świata waszyngtońskiej polityki. Najpierw zatrudniła go w swoim biurze skrajnie konserwatywna kongreswoman Michele Bachmann, która m.in. wątpi w sens szczepienia niemowląt. Potem wziął go pod swoje skrzydła senator Jeff Sessions, jeden z pierwszych republikanów, którzy poparli kandydaturę Trumpa na prezydenta. To właśnie u Sessionsa wypatrzył go przyszły prezydent.

Trump i Miller, choć różni ich prawie 40 lat, szybko znaleźli wspólny język. Z oczywistej przyczyny: obydwaj są trollami i prowokatorami. Podczas kampanii powtarzali nieprawdziwe informacje o tym, że imigranci z Meksyku to kryminaliści, choć w rzeczywistości przestępczość wśród imigrantów jest niższa niż wśród rdzennych Amerykanów.

Niecały tydzień po prezydenckiej przysiędze rozpoczęli trollowanie systemu prawnego, wydając rozporządzenie o zakazie wjazdu do USA dla obywateli sześciu krajów muzułmańskich. Wprawdzie po kilku dniach sąd anulował to rozporządzenie, ale na lotniskach przyjmujących międzynarodowe loty powstał w tym czasie chaos. Jak pisze Michael Wolff w głośnej książce „Ogień i furia” opisującej Biały Dom Trumpa zza kulis – obaj trolle oglądali w telewizji relacje z lotnisk, śmiejąc się do rozpuku.

Niektórzy twierdzą, że nawet prawicowe poglądy Millera wynikają z wrodzonej przekory albo pokoleniowego buntu. Bo przecież są one dość nietypowe jak na chłopaka urodzonego w zamożnej rodzinie amerykańskich Żydów. Statystycznie rzecz biorąc, ta grupa etniczna ma w USA silne odchylenie lewicowe, w każdych wyborach głosuje na demokratów, jest tolerancyjna wobec mniejszości seksualnych i imigrantów oraz popiera ograniczenie dostępu do broni palnej.

Prawicowiec z przekory

Kiedy wiosną br. administracja Trumpa zaczęła wdrażać na granicy z Meksykiem „politykę zerowej tolerancji” i ponad 2 tys. dzieci odseparowano od rodziców, Miller stwierdził, że była to „oczywista decyzja”. „Nikt nie jest zwolniony z przestrzegania prawa i z procedur imigracyjnych, nie będzie żadnych wyjątków” – wyjaśniał dziennikarzom „New York Timesa”.

W całej Ameryce wywołało to oburzenie, także w rodzinie Millera. „Dlaczego nie ma demonstracji przeciwko zamykaniu dzieci w klatkach?!” – pytała na Facebooku Patti Glosser, kuzynka prezydenckiego doradcy. Z kolei jego wuj David Glosser napisał: „Życzę mojemu siostrzeńcowi sukcesów w życiu zawodowym, ale jego politycznych poglądów nie popieram. Warto zdać sobie sprawę z jednego: gdyby 100 lat temu Ameryka traktowała ubogich imigrantów innych wyznań tak jak teraz, to cała nasza rodzina uleciałaby z dymem przez kominy krematoriów, podobnie jak 6 mln innych Żydów”.

Zerowy humanizm

Za rządów Baracka Obamy i George’a W. Busha imigranci z dziećmi, których złapano na nielegalnym przekraczaniu granicy, byli przesłuchiwani i zwalniani z aresztu do czasu rozstrzygnięcia ich statusu, tzn. do rozpatrzenia ich wniosku o azyl (co często zajmuje wiele miesięcy). Niektórzy ze zwolnionych nigdy już nie pojawiali się w sądzie; po prostu korzystali z okazji, żeby zacząć życie na czarno w Ameryce. Tak było również przez dwa pierwsze lata prezydentury Trumpa. Ale od kwietnia rodziców zaczęto zamykać w areszcie, a dzieci odsyłano do ośrodków opieki dla nieletnich lub do amerykańskich rodzin zastępczych.

Praktyka ta wywołała szok w USA i oburzenie na całym świecie, potępił ją m.in. Kościół katolicki. „To nie jest polityka zerowej tolerancji, tylko polityka zerowego humanizmu” – lamentował senator Jeff Merkley, demokrata z Oregonu. Biały Dom ignorował jednak wszelkie apele o opamiętanie. Prokurator generalny Jeff Sessions cytował nawet Biblię na poparcie polityki separacji rodzin – konkretnie List św. Piotra do Rzymian, w którym apostoł wzywa chrześcijan do przestrzegania ziemskich praw.

W maju Marco Antonio Muńoz, imigrant z Hondurasu, któremu amerykański patrol graniczny odebrał trzyletniego syna, popełnił samobójstwo w areszcie. Ale nawet to nic nie zmieniło. Przełomem było dopiero zdjęcie, które na początku czerwca zrobił John Moore, fotograf Getty Images. Widać na nim płaczącą dwuletnią dziewczynkę z Hondurasu, która rozpaczliwie wyciąga ręce do matki przeszukiwanej przez amerykańskich strażników granicznych. Magazyn „Time” dał tę dziewczynkę na okładkę, doklejając przed nią zwalistą postać Donalda Trumpa. Całość uzupełnia wymowny tytuł „Welcome to America” („Witamy w Ameryce”). 20 czerwca prezydent podpisał rozporządzenie o bezterminowym zawieszeniu praktyki separowania rodzin.

Stephen Miller zapewne nie był zadowolony. Miesięcznik „Vanity Fair” cytuje anonimowego doradcę Białego Domu: „Akurat tak się składa, że Stephen Miller ogląda te obrazki z granicy z satysfakcją. Koleś jest zupełnie pokręcony, on jest jak Waffen SS”.

Polityka 50.2018 (3190) z dnia 11.12.2018; Świat; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Prowokator"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną