Świat

Trump przekonuje Amerykanów do muru. Zabrzmiało nieszczerze

Donald Trump Donald Trump Carlos Barria / Forum
Mówiąc o nielegalnej imigracji z Ameryki Łacińskiej, Donald Trump swoim zwyczajem naciągał fakty albo po prostu mijał się z prawdą.

W telewizyjnym przemówieniu Donalda Trumpa, w którym starał się przekonać Amerykanów do potrzeby sfinansowania muru na granicy z Meksykiem, ujrzeliśmy innego prezydenta niż tego przemawiającego na wiecach do swoich najgorętszych zwolenników albo tweetującego i adresującego swe emocjonalne przesłania głównie do swych fanów. Prezydent unikał tym razem słowa „mur”, mówił o „fizycznej barierze” albo po prostu o bezpieczeństwie granic. Przybierał nawet pozę zatroskanego ojca narodu, którego martwi „kryzys humanitarny” na południowej granicy, i wzywał demokratów, którzy odmawiają mu 5,6 mld dol. na jego wymarzony projekt, do kompromisu w imię „wypełnienia naszego świętego obowiązku wobec amerykańskich obywateli”.

Ale wszystko to brzmiało zgrzytliwie, nieszczerze i nieprzekonująco – jak to ocenili nawet tak obiektywni obserwatorzy jak były doradca republikańskich prezydentów David Gergen.

Czytaj także: Czas apokalipsy według Trumpa

Jak Trump mija się z prawdą

Mówiąc o nielegalnej imigracji z Ameryki Łacińskiej, Trump swoim zwyczajem naciągał fakty albo po prostu mijał się z prawdą. Straszył, że przechodzący przez zieloną granicę obcokrajowcy sprowadzają do USA narkotyki, a więc odpowiadają za epidemię nałogu heroinowego. Tymczasem niemal wszystkie narkotyki są przewożone, dobrze ukryte w samochodach i ciężarówkach przekraczających normalne przejścia graniczne.

Trump powtarzał, że nielegalni imigranci gwałcą i mordują Amerykanów, podczas gdy statystyki dowodzą, że przestępczość wśród imigrantów, także nielegalnych, jest niższa niż w całej populacji, co zresztą doskonale można zrozumieć, bo ci ostatni raczej pilnują się, aby nie podpaść władzom. Oskarżał wreszcie opozycję, że nie chce wzmocnienia granic ani ukrócenia nielegalnej imigracji, czemu fakty przeczą drastycznie. Demokraci wielokrotnie głosowali w Kongresie za uszczelnieniem granicy z Meksykiem, a nawet za budową metalowego ogrodzenia na pewnych jej odcinkach, a poprzedni prezydent Barack Obama znacznie zwiększył liczbę deportacji indocumentados – cudzoziemców bez prawa pobytu.

Czytaj także: Migranci cierpią i bez muru Trumpa

Sfabrykowany kryzys

Było coś absurdalnego w tym, że Trump swoje pierwsze telewizyjne przemówienie wygłoszone w prime time z Pokoju Owalnego poświęcił sprawie muru, tak jakby Ameryce groziło jakieś ogromne niebezpieczeństwo. Jego poprzednicy zwracali się w ten sposób do narodu, kiedy ogłaszali rozpoczęcie wojny albo kiedy w kraju miał miejsce prawdziwy kryzys. Ten obecny jest przez Trumpa sfabrykowany. Nielegalna imigracja znacznie zmalała w ostatnich 10–15 latach, o czym świadczy m.in. radykalny spadek zatrzymań na zielonej granicy. Zmalała dzięki jej uszczelnieniu – zwiększono liczbę patroli, rozbudowano ogrodzenia, zainstalowano nowoczesne urządzenia wykrywające itd. – oraz poprawie sytuacji gospodarczej w Meksyku, skąd przybywa dużo mniej chętnych do pracy w USA.

Nadal napływają migranci z biednych i pełnych przemocy krajów Ameryki Środkowej i wciąż przebywa w USA ponad 10 mln nielegalnych, ale coraz więcej spośród nich to imigranci, którzy przedłużyli pobyt po wygaśnięciu ważności wizy i pracują na czarno albo legitymując się fałszywymi papierami, pobierają zasiłki. Nie jest to sytuacja normalna ani pożądana – chyba że dla biznesu, który zatrudnia takich cudzoziemców, płacąc im mniej niż rodowitym Amerykanom.

Problemem jest także napływ ogromnej liczby biednych Latynosów bez wykształcenia, przybywających do USA na zasadzie łączenia rodzin. Dlatego postulaty reformy, która wsparłaby raczej imigrację według kryterium kwalifikacji zawodowych, jak np. w Kanadzie, i na których Trumpowi też zależy, mają sens. Jednak upór prezydenta, żeby zbudować na granicy „mur”, blokuje szanse przeprowadzenia tego rodzaju zmiany. Dla demokratów bowiem zgoda na tego rodzaju projekt – który stał się swego rodzaju symbolem Trumpowej polityki strachu i wykluczenia – grozi utratą poparcia ich kluczowego elektoratu.

Czy demokraci wyjdą prezydentowi naprzeciw?

Po wygraniu zeszłorocznych wyborów do Izby Reprezentantów demokraci czują się silniejsi i stąd także ich nieprzejednana postawa w sporze z Trumpem – odmowa sfinansowania muru, która uniemożliwiła uchwalenie budżetu i doprowadziła do częściowego paraliżu administracji federalnej, czyli government shutdown. Staje się on coraz bardziej uciążliwy i szkodliwy – urzędnicy pracują za darmo, a w parkach narodowych rosną góry śmieci – więc dojdzie w końcu do jakiegoś porozumienia.

Ale wymaga to gotowości do kompromisu z obu stron, aby wyszły z konfrontacji z twarzą. Jest na to miejsce, bo część wyborców Trumpa rozumie jego „mur” metaforycznie, na pewno nie jako konstrukcję z betonu, a nawet niekoniecznie jako ogrodzenie, a tylko realne dalsze uszczelnienie granicy. Prezydent ma więc pewną swobodę manewru. Pytanie tylko, czy demokraci wyjdą mu naprzeciw.

Czytaj także: Trumpowi ufa na świecie mniej osób niż Putinowi

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Po co nam dzisiaj harcerze

Harcerstwo jest dziś naprawdę potrzebne dzieciakom. Pytanie, czy zda test na orientację. W czasie, przestrzeni i polityce.

Martyna Bunda
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną