Autorytarny sojusznik Europy

Ogrywacz
Od tygodni tysiące Serbów na ulicach domagają się odejścia prezydenta Aleksandra Vucicia, za którego trzyma kciuki Unia Europejska.
Antyprezydencka demonstracja w Belgradzie.
Darko Vojinovic/AP/EAST NEWS

Antyprezydencka demonstracja w Belgradzie.

Aleksandar Vucić
Oliver Bunic/Bloomberg/Getty Images

Aleksandar Vucić

To nie Viktor Orbán, ale Vucić powinien być idolem polskich władz. Bo to on opanował – jak nikt inny – sztukę lawirowania pomiędzy własnym interesem, układaniem sobie relacji z Zachodem i racją stanu. Z polskiego punktu widzenia Serbia stoi bowiem na głowie. Co tydzień odbywają się tam głośne protesty przeciw autorytaryzmowi prawicowego populisty Vucicia. Ale Europa ich nie wspiera, bo ten właśnie autorytarny populista jest jej sojusznikiem.

Co więcej, prezydent Serbii w sprawie protestów nie zachowuje się ani w autorytarny, ani populistyczny sposób: nie próbuje ich powstrzymać, ale też nie zamierza się przed nimi uginać. Wie, i mówi o tym głośno, że z punktu widzenia serbskiej ulicy np. jakiekolwiek ustępstwo w sprawie Kosowa jest nie do przyjęcia. Ale Vucić potrzebuje takiego ustępstwa, bo chce go Bruksela.

A on chce wprowadzić Serbię do Unii, widzi bowiem doskonale, że inaczej będzie skazana na wieczne buksowanie w europejskim czyśćcu, między Brukselą a Moskwą. Albo – według innego scenariusza – chce tylko wycisnąć z Unii jak najwięcej pieniędzy. W każdym razie budować państwa wymarzonego przez brukselskich demokratycznych ideologów Vucić nie zamierza.

Sytuacja w Serbii Vucicia do pewnego stopnia przypomina tę w Polsce czy na Węgrzech: władza bez specjalnej żenady zamienia media w propagandową tubę, demokratyczne zasady sprawowania władzy stały się głównie teatrzykiem, państwo i jego instytucje są zawłaszczane przez rządzącą opcję polityczną. Wyzywanie opozycji od „kłamców” zdarza się na porządku dziennym.

Nie to jednak wzburzyło demonstrantów: po ciężkim pobiciu przywódcy jednej z lewicowych partii Borko Stefanovicia i dwóch aktywistów tej partii oraz dziennikarza Milana Jovanovicia Vucić został przez przeciwników ogłoszony człowiekiem, „który wprowadził do Serbii przemoc”, a na protestach zaczęły być obnoszone hasła o „zakrwawionych koszulach” (Stefanović pokazał w TV swoją koszulę, którą miał na sobie, gdy został pobity).

To protestujący – jak ci na Węgrzech czy w Polsce – domagają się odpartyjnienia mediów publicznych, wprowadzenia demokratycznych standardów do życia publicznego. Protestujący, zjednoczeni od lewej strony do prawej, obnoszą po ulicach i sieciach społecznościowych hasła typu „počeloje”, czyli „zaczęło się”. To odwołanie do masowych protestów, które na przełomie XX i XXI w. odsunęły od władzy Slobodana Miloševicia.

Unia Europejska nie ciśnie jednak Serbii tak samo jak Polski czy Węgier. Nie tylko dlatego, że Serbii nie ma w Unii. Bruksela nie do końca wie, jak zareagować na sytuację, w której to autorytarny przywódca jest jej największym zwolennikiem, a protestujący, zjednoczeni od lewa do prawa, nie podnoszą zbyt mocno spraw europejskich. Vuk Jeremić, były szef MSW i kandydat na prezydenta poparty przez serbską demokratyczną opozycję, a dziś jedna z ważniejszych figur protestów, mówi wprost, że Europa poświęca własne wartości w zamian za ugodę Serbii z Kosowem.

48-letni Vucić nie zawsze był taki proeuropejski. Dawniej nie było w Serbii większego od niego antyzachodniego radykała i propagatora narodowego interesu. Już w czasie wojny w Bośni w 1995 r., jako młody poseł ultranacjonalistycznej Serbskiej Partii Radykalnej, mówił w parlamencie, że „za każdego zabitego Serba zabić należy stu muzułmanów”. Ten pokaz narodowej asertywności odbywał się krótko po masakrze w Srebrenicy.

Kary dla dziennikarzy

W ogóle Vucić miał szczęście do mówienia niewłaściwych rzeczy w niewłaściwym momencie. Niedługo przed zabójstwem Slavka Ćuruviji, dziennikarza krytycznego wobec władzy, na pierwszej stronie jednego z tabloidów pojawił się wywiad z Vuciciem, w którym ten ogłaszał, że „zemści się” na dziennikarzu za jego „kłamstwa”. Vucić był wtedy, za czasów Miloševicia, szefem ministerstwa informacji. Na tyle lojalnym wobec szefa, że wprowadzał kary dla dziennikarzy krytykujących prezydenta.

Był też Vucić zwolennikiem tworzenia Wielkiej Serbii, włączającej pod władzę Belgradu całą Bośnię i połowę Chorwacji, a także Macedonię, nie wspominając o Kosowie. Często go ponosiło. Twierdził np., że Ratko Mladić, oskarżany o zbrodnie wojenne, „zawsze znajdzie schronienie w domu ludzi, których nazwisko brzmi Vucić”.

Opamiętanie się Vucicia, a za nim zmiana strategii i politycznego kierunku, przyszło dopiero po 2000 r. Przyłączył się do rozłamowców, którzy utworzyli Serbską Partię Postępową (SNS). Wkrótce, już jako szef SNS, zaczął ciągnąć kraj w stronę Zachodu, mówiąc Brukseli dokładnie to, co ta chciałaby usłyszeć.

W rozmowie z BBC w 2014 r. przyznawał, że skutki polityki Serbii w latach 90. były tragiczne. „Mieliśmy tyle zniszczonych mostów i budynków, ile tylko można sobie wyobrazić. To były rezultaty naszej polityki. Musieliśmy znaleźć dla Serbii lepszą drogę”. Biegał po studiach telewizyjnych, bił się w piersi i przyznawał do błędów. W 2010 r. ogłosił, że w Srebrenicy popełniono „potworną zbrodnię”. Słowem, Vucić uznał porażkę Serbii w potyczce z Zachodem, a jako że zdawał sobie sprawę, że nie bardzo jest jak z Zachodem wygrać, postanowił się do niego przyłączyć.

Zwrot Vucicia w stronę Europy był zaskakującym zagraniem. Zupełnie innym niż to, którego dokonał na przykład Władimir Putin czy Aleksandr Łukaszenka. Pierwszy bowiem, poróżniwszy się z Zachodem, poszedł w konfrontację, a drugi – w mało czytelną grę, w ramach której przestał być traktowany poważnie. Vucić natomiast retorykę kompletnie zmienił.

Nie brakuje też głosów, że Vucić Zachód ogrywa. Że próbuje wyssać jak najwięcej pieniędzy z Brukseli, dopóki się da – cały jego prounijny zwrot jest obliczony na rozpad wspólnoty. Natomiast długoterminowo Vucić ma nadzieję na zupełnie nowe rozdanie w stosunkach międzynarodowych, gdzie w miejsce gwaranta bezpieczeństwa na Bałkanach zamiast Zachodu wejdzie Rosja. A wtedy będzie starał się odzyskać Kosowo i przyłączyć do Serbii należącą do Bośni Republikę Serbską.

Nie przypadkiem na oficjalne obchody Bożego Narodzenia w Pałacu Prezydenckim w Belgradzie zaproszono m.in. Milorada Dodika, przywódcę bośniackich Serbów, który od lat gra lokalnym separatyzmem, straszy oderwaniem się od Bośni i utrzymuje wyborne kontakty z Putinem. Takie kontakty zresztą utrzymuje również sam Vucić, zapewniając, że Rosja zajmuje specjalne miejsce w serbskiej polityce zagranicznej.

Niektórzy obserwatorzy wskazują, że Vucić nigdy nie odciął się od swego dawnego politycznego guru Vojslava Šešelja, skrajnego nacjonalisty, który był przez trybunał w Hadze oskarżany o zbrodnie wojenne i którego samo nazwisko budzi w Kosowie, Bośni czy Chorwacji reakcje mocno alergiczne. A Šešelj, choć znów aktywny w serbskiej polityce, mocno antyzachodni i powielający narrację „russkogo mira”, nie atakuje Vucicia publicznie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną