Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Świat

Trump tournée po Europie zaczyna od zgrzytu

Prezydent Donald Trump przybył z wizytą do Londynu. Prezydent Donald Trump przybył z wizytą do Londynu. Victoria Jones/Reuters / Forum
Prezydent USA lubi pompę, a tej w spotkaniach w królewskim Londynie nie zabraknie. Potem wybiera się na obchody D-Day. Istnieją obawy, że je zrujnuje.

Prezydent Donald Trump przybył z wizytą do Londynu w trudnym dla Wielkiej Brytanii momencie. Kraj jest w politycznej rozsypce, niepewny przyszłości, premier Theresa May, która ma z Trumpem rozmawiać o polityce, za parę dni odchodzi z urzędu. Mer Londynu Sadiq Khan porównał Trumpa do faszysty z XX w., w odpowiedzi amerykański prezydent nazwał go patentowanym nieudacznikiem. Co więcej, program wizyty układano z mozołem. Chodziło o to, by Trump nie słyszał protestów z zapowiadanych przeciw niemu demonstracji ulicznych.

Bierzcie 45 mld euro i w nogi

Ale i Theresa May, chociaż odchodzi, będzie musiała wysłuchać przykrych komentarzy. Trump podczas poprzedniej wizyty zarzucił jej, że nie słuchała jego rad w sprawie brexitu. Amerykański prezydent jest, jak wiadomo, wielkim zwolennikiem brexitu i przeciwnikiem Unii Europejskiej. W ostatnim wywiadzie wręcz radzi Wielkiej Brytanii, by nie spłacała Unii żadnych zobowiązań, schowała do kieszeni dług 45 mld euro i wyszła bez żadnego porozumienia. Trump obiecuje – wbrew wszelkim wyliczeniom – że Londyn nic nie straci na wyjściu z dotychczasowych umów handlowych, gdyż może liczyć na korzystniejszy układ z USA. Podobnie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton wtóruje szefowi, mówiąc, że „zyskując niezależność, Wielka Brytania może jeszcze zwiększyć swój wpływ na świat”.

Obśmiewa tę wizytę Anne Applebaum, komentatorka „Washington Post”, a więc najpoważniejszej gazety waszyngtońskiej. I nie kryje ironii. „Trumpa nudzą spotkania robocze i jest niegrzeczny wobec tych, którzy w nich uczestniczą. Nie potrafi zawierać umów ani negocjować, bo zbyt mało wie o sprawach, które są tematem rozmów”. Lubi tylko pompę, a tej w spotkaniach w królewskim Londynie nie zabraknie.

Trump zrujnuje obchody D-Day?

Londyn nie jest jedynym ani nawet głównym punktem podróży Trumpa. Amerykański prezydent będzie niezbędnym gościem na obchodach 75. rocznicy D-Day, lądowania aliantów w Normandii. Żołnierze amerykańscy przyszli na ratunek okupowanej Europie, ponieśli niemałe ofiary i trudno dziś nawet sobie wyobrazić większy symbol więzi transatlantyckich. Rozumiał to doskonale Ronald Reagan, który przybył na analogiczną rocznicę 35 lat temu. Inny komentator „Washington Post” Paul Waldman pisze dziś, że Trump teraz zrujnuje obchody D-Day. Dlaczego? Bo wykorzysta okazję dla wsączenia retoryki nacjonalistycznej i partyjnej tam, gdzie inni akcentowali jedność. Co więcej, autor ocenia, że wszyscy wcześniej akcentowali poświęcenie żołnierskie, a do wartości związanych z poświęceniem Trumpowi daleko.

Zgadzam się w zupełności z gorzkimi ocenami obojga komentatorów „Washington Post”. Koń – mam na myśli Trumpa – jaki jest, każdy widzi. Ale to nie wystarczy. Co łatwo napisać w komentarzu prasowym, tego nie da się przypasować do bieżącej polityki – zwłaszcza wobec spodziewanej wkrótce wizyty prezydenta Dudy u Trumpa.

Katar w Niemczech, grypa w Polsce

Jakie stąd wnioski dla Polski? Prezydent Duda będzie – jak słyszymy – omawiał sprawy bezpieczeństwa naszego kraju. Nawet gdyby Andrzej Duda miał większe kwalifikacje prezydenckie, i tak przecież Trumpa i jego charakteru nie zmieni. Trzeba więc przyjąć taką grę, jaką sobie wybiera główny partner, i udawać, że wszystko jest w zupełnym porządku.

Jeśli pochlebstwo – w rodzaju nazywania bazy „fortem Trump” – jest metodą uzyskania korzyści (choć bynajmniej nie jestem tego pewien), dobre i to. Pod warunkiem uczciwego wyjaśnienia tej gry naszym europejskim partnerom. I pod warunkiem ostrożności. Na przykład jeśli Trump wojnę handlową rozciągnie nie tylko na Chiny, ale i na Europę, to nasi partnerzy, a zwłaszcza Niemcy, dostaną silnego kataru. Jak Niemcy dostaną kataru, Polska będzie musiała stanąć w kolejce do lekarza z silną grypą.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Archiwum Polityki

Niepokorni

Historię PRL odmierza kilka dat społecznych protestów przeciw ludowej władzy, zwykle brutalnie lub krwawo tłumionych. W 1956 r. – czerwiec, w 1968 r. – marzec, w 1970 r. – grudzień, w 1976 r. – znów czerwiec... I gdyby nie tamte zdarzenia sprzed 30 lat, nie byłoby pewnie sierpnia 1980 r. i wyjątkowej polskiej drogi do wolności.

Marcin Kołodziejczyk
13.05.2006
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną