Świat

Tajemnica okoliczności śmierci Neila Armstronga

Załoga Apollo 11. Od lewej: Neil Armstrong, Michael Collins i Buzz Aldrin Załoga Apollo 11. Od lewej: Neil Armstrong, Michael Collins i Buzz Aldrin NASA / Wikipedia
Po latach wychodzą na jaw tajemnice związane z okolicznościami śmierci kosmonauty, na której skorzystała jego najbliższa rodzina. To ironia losu, bo Armstrong był człowiekiem skromnym i ze swej sławy nie czerpał tyle co pozostali koledzy z programu Apollo.
Neil Armstrong, 2012 r.NASA/Bill Ingalls/Wikipedia Neil Armstrong, 2012 r.
Parada na cześć załogi Apollo 11. Manhattan, Nowy Jork, 13 sierpnia 1969 r.NASA / Bill Taub/Wikipedia Parada na cześć załogi Apollo 11. Manhattan, Nowy Jork, 13 sierpnia 1969 r.

Jak dowiedzieliśmy się z „New York Timesa”, Neil Armstrong, który jako pierwszy postawił stopę na Księżycu, zmarł w 2012 r. w efekcie... błędu medycznego po operacji serca. Oficjalną przyczyną śmierci astronauty były „komplikacje” po zabiegu kardiochirurgicznym. Dziennik ujawnił, że jego rodzina pozwała o błąd w sztuce szpital Fairfield w Cincinnati (Ohio), gdzie odbyła się operacja bajpasów, i w drodze polubownej umowy pozasądowej uzyskała odszkodowanie na sumę 6 mln dol.

Synowie Armstronga i żona jednego z nich, prawniczka, grali ze szpitalem ostro, zwracając uwagę, że publiczny proces o winę za zgon bohatera Ameryki kosztowałby go znacznie więcej w przełożeniu na komercyjne konsekwencje strat wizerunkowych – tym bardziej że grożono ujawnieniem błędu w 45. rocznicę lotu. Szpital zapłacił, a rodzina zgodziła się zataić umowę.

Szpital popełnił błąd

Według cytowanych przez „NYT” amerykańskich lekarzy, autorytetów w dziedzinie kardiologii, wygląda na to, że szpital Fairfield rzeczywiście zawinił. Prominentni specjaliści kwestionują sens samej decyzji o natychmiastowej operacji bajpasów na chorym, 82-letnim Armstrongu. Po zabiegu lekarze wszczepili mu tymczasowe przewody do stymulacji pracy serca, ale po ich zdjęciu u pacjenta pojawił się masowy krwotok wewnętrzny. W tym momencie szpital popełnił błąd, zdaniem autorytetów oczywisty, kierując Armstronga do laboratorium cewnikowania zamiast od razu na salę operacyjną. Kiedy to w końcu uczyniono, było już za późno – astronauta zmarł 25 sierpnia 2012 r.

Zastanawia jednak, że wdowa po Armstrongu Carol odmówiła przyłączenia się do pozwu przeciw szpitalowi – małej, prowincjonalnej placówce w Ohio. Obserwatorzy dziwili się, że astronautę położono właśnie tam, a nie w bardziej renomowanym szpitalu w tym stanie. Pieniędzmi z odszkodowania podzielili się synowie Armstronga, jego siostra, brat i sześcioro wnuków.

Pozwy o błąd w sztuce medycznej to w USA normalka, można nawet rzec: sport narodowy, ale odszkodowania są zwykle dużo niższe, średnia w ubiegłym roku to 145 tys. dol. Rodzina astronauty, która od dawna czerpie profity ze sławy narodowego bohatera, nie omieszkała skorzystać z okoliczności jego śmierci. Zabrzmiało to nieprzyjemnie, jako że zmarły był człowiekiem skromnym. Ze sławy sam nie czerpał tyle co przeważająca większość jego kolegów z programu Apollo.

Droga Armstronga na Księżyc

Urodzony w 1930 r. Neil Armstrong licencję pilota otrzymał w 16. roku życia – przed zdaniem egzaminu na samochodowe prawo jazdy. Skończył inżynierię kosmiczną na Uniwersytecie Purdue w Ohio i studiował w MIT. Jako lotnik Marynarki Wojennej brał udział w wojnie koreańskiej. W NASA przez kilka lat był oblatywaczem samolotów, zanim został członkiem grupy przygotowującej się w latach 60. do lotów na Księżyc. W czasie jednego z treningów omal nie zginął, gdy statek Gemini – na którym Amerykanie po raz pierwszy oblecieli orbitę okołoziemską – wskutek awarii silnika sterującego zaczął z ogromną szybkością obracać się wokół własnej osi. W 1967 r. podczas rozruchu na wyrzutni pierwszego statku Apollo wybuchł pożar, zabijając jego trzyosobową załogę; zginął wtedy m.in. przyjaciel Armstronga Ed White.

Według jednego z szefów programu Apollo Chrisa Krafta Armstronga wyznaczono na dowódcę statku Apolla 11, który jako pierwszy miał wylądować na Srebrnym Globie dlatego, że kierownictwo NASA widziało w nim człowieka bez „wygórowanego ego”. 21 lipca 1969 r. Armstrong zszedł z lądownika Eagle, postawił stopę na powierzchni Księżyca i wypowiedział swoje słynne słowa o „małym kroku człowieka, ale wielkim kroku ludzkości”. Tak był przejęty, że – jak wytykali mu potem niektórzy – zrobił mały błąd językowy, mówiąc o sobie „man” zamiast „a man”. Mówił potem, że kierowanie lądownikiem księżycowym było najtrudniejszą częścią misji, ale dało mu „uczucie uniesienia i dumy”.

Po tym historycznym wyczynie nastąpiło jeszcze pięć innych lotów statków Apollo zakończonych lądowaniem na satelicie Ziemi. W sumie spacer na jego powierzchni odbyło 12 astronautów – wyłącznie amerykańskich. W 1972 r. NASA postanowiła program zakończyć i od tego czasu nikt już nie postawił stopy na Księżycu. Oceniono, że jest za drogi i Ameryki nie stać na kontynuację. Program spełnił swoje główne zadanie – po okresie przewagi ZSRR w kosmosie Stany Zjednoczone pokazały, że jednak są lepsze i silniejsze (bo program kosmiczny miał swój aspekt militarny). W czasie zimnej wojny to liczyło się najbardziej.

Czytaj także: Drugi wyścig księżycowy

Co po kosmosie

Armstrong odszedł z NASA już w 1971. Zajął się wykładami z inżynierii kosmicznej na Uniwersytecie Cincinnati w Ohio. Próbował sił w biznesie, podejmował się zadań rzecznika rozmaitych firm i eksperta, biegłego po katastrofach promów kosmicznych Challenger i Columbia. W 1985 r. wziął udział w wyprawie „największych podróżników” na biegun północny z udziałem m.in. pierwszego zdobywcy Mount Everestu Edmunda Hillary′ego.

Pytany o lot Apolla 11 zawsze podkreślał, że zasługa należy się nie tylko jemu, lecz całemu personelowi NASA. Na ogół jednak unikał publicznych wypowiedzi, rzadko udzielał wywiadów. Jego rodzina mawiała, że „niechętnie” występuje w roli amerykańskiego bohatera. John Glenn, który jako pierwszy Amerykanin okrążył Ziemię na statku kosmicznym, określał Armstronga jako człowieka „pełnego wewnętrznej pokory”.

Uderzał kontrast jego osobowości z personą Edwina („Bussa”) Aldrina, który razem z nim – choć jako drugi, bo podwładny dowódcy statku – zszedł 21 lipca 1969 r. na powierzchnię Księżyca. Aldrin bardzo często, do dziś, udziela się w mediach, często występuje w TV, a ostatnio pojawił się na uroczystości rocznicowej obok prezydenta Trumpa.

Armstrong najczęściej odmawiał rozmów dziennikarzom, a jeśli już się zgadzał, odpowiadał bardzo powściągliwie. Honoraria za nieliczne wystąpienia publiczne i z odszkodowań z pozwów za nieuprawnione wykorzystywanie jego wizerunku i cytatu o „wielkim kroku ludzkości” – czego nie znosił – najczęściej przeznaczał na pomoc dla swej Alma Mater Purdue University. Uchodził za małomównego odludka. O sobie mówił, że jest „nudnym kujonem-inżynierem”. Mniej więcej taki jego prawdziwy portret odmalował film „First Man” (Pierwszy człowiek), w którym w postać Armstronga wcielił się Ryan Gosling.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną