Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Bez pracy, bez edukacji, bez twarzy. Talibowie tworzą świat bez kobiet

Dziennikarki stacji Tolo TV muszą zakrywać twarze, jeśli jeszcze chcą wykonywać swój zawód. Na zdjęciu Sonia Niazi z Tolo News, 22 maja 2022 r. Dziennikarki stacji Tolo TV muszą zakrywać twarze, jeśli jeszcze chcą wykonywać swój zawód. Na zdjęciu Sonia Niazi z Tolo News, 22 maja 2022 r. Ali Khara / Forum
Ministerstwo do spraw wspierania cnoty wydało dekret nakazujący kobietom bezwzględne zasłanianie twarzy w miejscach publicznych. Co najbardziej perfidne, za przestrzeganie prawa mają odpowiadać mężczyźni. Talibowie zabrali już kobietom możliwość pracy i edukacji, teraz odbierają im nawet ich własne twarze.

To był nasz ostatni dzień w afgańskim Heracie. Umówiliśmy się na pożegnalny obiad z Marzije, przyjaciółką Gaisu z dawnych czasów. Poznały się na początku lat 2000 w szkole w Sange Mosze, stolicy dystryktu Dżoghuri, prowincji Ghazni. Były najlepszymi uczennicami w klasie, angażowały się społecznie, w pobliskim meczecie organizowały pogadanki i festyny, a wieczorami wdawały się w długie dyskusje głównie z koleżankami i kolegami ze szkoły, którzy masowo przychodzili w odwiedziny do rodzinnego domu Gaisu.

Potem Gaisu wyjechała do Stanów, gdzie zdała maturę i poszła na studia. Marzije studiowała w Kabulu, a później, za namową rodziców, wyszła za mężczyznę z Heratu. Pojechała do niego, zaczęła pracę na lotnisku, urodziła dwoje dzieci, a gdy jej mąż stracił posadę w lokalnej administracji, stała się jedyną żywicielką rodziny.

Kiedy w marcu zeszłego roku pojechałam z Gaisu do Heratu, dawne przyjaciółki spotkały się po raz pierwszy po kilkunastu latach. Na wspólny obiad przyszłam ja, narzeczony Gaisu i jej wujek, u którego zatrzymaliśmy się we trojkę, Marzije, jej sześcioletnia córka i dwunastoletni syn, a także starszy od niej o kilkanaście lat, cichy, nieco zmęczony życiem, ale przemiły mąż. To miał być ostatni akcent naszego pobytu w mieście, zaraz stamtąd jechaliśmy na lotnisko.

Zaraz po wejściu do restauracji zostaliśmy zaprowadzeni do osobnego domku. Kilkanaście takich altanek stało wokół głównego dziedzińca, każdy oddzielony był kotarą, co sprawiało, że goście mogli spokojnie, w intymnej atmosferze cieszyć się swoim towarzystwem, nieniepokojeni przez nikogo poza kelnerami donoszącymi kolejne porcje szafranowego ryżu, kebabów, jogurtu i grillowanych warzyw.

W sąsiednich altankach ucztowali inni przedstawiciele herackiej klasy średniej, czasem wielopokoleniowe rodziny, czasem tylko żona z mężem i dziećmi. Nikt nie przekraczał ogólnie przyjętych w afgańskim społeczeństwie norm. Kobiety nie zdejmowały hidżabów, czyli chustek i płaszczyków zasłaniających ich kształty przed wzrokiem obcych. Małżeństwa nie okazywały sobie publicznie czułości, czasem tylko jakiś mąż podał żonie najlepszy kęs z oddanym uśmiechem. Jedyne pocałunki, jakie tu wymieniano, to były całusy składane przez matki i babcie, a czasem nawet ojców czy dziadków na pulchnych policzkach dzieci.

Tak urządzone restauracje są popularne w Afganistanie, ale i w wielu krajach muzułmańskich. Dają poczucie prywatności odwiedzającym je rodzinom. Do tej pory nawet najbardziej konserwatywnym muzułmańskim rządom nie przychodziło do głowy ich zakazywać.

Na początku maja okazało się, że nawet takie rodzinne ucztowanie, jedna z głównych weekendowych rozrywek Afgańczyków, oczywiście tych, którzy w obliczu coraz większej biedy i bezrobocia mogli sobie jeszcze na to pozwolić, nie podoba się talibom.

Jak donosi portal Rukhshana, talibskie władze w Heracie postanowiły wprowadzić całkowitą segregację płci w restauracjach. Decyzję ogłosił tutejszy oddział ministerstwa do spraw wspierania cnót i zwalczania występków, które we wrześniu 2021 r. zastąpiło istniejące w obalonej Islamskiej Republice Afganistanu Ministerstwo do spraw Kobiet.

Położony na zachodzie, zamieszkany głównie przez Tadżyków i niewielką mniejszość Hazarów, Herat słynął z liberalizmu, a także ze swoich restauracji. Przed sierpniem 2021 działało ich tam prawie 120 i jeszcze blisko 60 fast foodów. Ze względu na kryzys gospodarczy, spowodowany dojściem talibów do władzy, obroty knajp już i tak spadły prawie o połowę. Nakaz, by rodziny jadały osobno, podzielone według płci, zada ostateczny cios biznesowi, który był poważnym pracodawcą, a dodatkowo uprzykrzy życie kobietom, dla których takie rodzinne wyjście pozostało już często jedyną rozrywką. A także, oczywiście, wytchnieniem od domowych obowiązków.

Jeden z właścicieli restauracji przyznał dziennikarzowi portalu Rukhshana, że rodziny stanowią większość jego klienteli. Teraz, kiedy talibowie nawet pięć razy dziennie odwiedzają lokal, by sprawdzić, czy przestrzegana jest segregacja płci, rodzinne obiady czy kolacje stały się niemożliwe. Ostatnio mężczyźni z jednej rodziny byli zmuszeni zostawić napoczęty posiłek i przesiąść się do innej sali. „Ludzie przychodzą do mnie, żeby spędzić czas razem. Jeśli to nie będzie możliwe, przestaną” – żalił się.

Czytaj też: Kobiety w Afganistanie. W burce i na obcasach

Za przestrzeganie nakazu odpowiadają mężczyźni

Wydawać by się mogło, że wspólne jedzenie w restauracjach nie jest podstawowym prawem człowieka, należy raczej do luksusów. Jednak gdy spojrzeć na ten zakaz, na razie wprowadzony wyłącznie w Heracie przez lokalne władze i niepotwierdzony na szczeblu centralnym, w kontekście uprzednich zarządzeń talibów wpisuje się on w cały szeroko zakrojony program wymazywania kobiet ze sfery publicznej.

Najpierw zakazano im pracy w administracji rządowej i prowincjonalnej. Jeszcze w sierpniu urzędniczki dostały jasny sygnał, że mają nie przychodzić do pracy. W niektórych biurach stanowiły nawet do 40 proc. pracowników, w ministerstwach przecież przez ostatnie lata wdrażano specjalne programy, które miały zachęcać do zatrudniania kobiet na ważnych stanowiskach. Masowa imigracja wyższych kadr i zakaz pracy dla tych, które zostały w Afganistanie, dosłownie sparaliżowały funkcjonowanie urzędów, ale talibowie mimo wszystko zdecydowali się na ten krok.

Straciły też pracę nauczycielki ze szkół ponadpodstawowych, bo wczesną jesienią talibowie zaprosili ponownie wszystkich chłopców do szkół, a o dziewczynkach nie wspomnieli. Wcześniej, od razu po zdobyciu władzy, mamili zachodnie media, licząc oczywiście na oficjalne uznanie przez ich rządy, że tym razem pozwolą dziewczynkom się uczyć. Nigdy nie spełnili obietnicy. Dla dziewcząt otwarte są jedynie szkoły podstawowe. Do średnich talibowie pozwolili im wrócić tylko na dwie godziny pod koniec marca, po przerwie świątecznej z okazji perskiego nowego roku. Ale nim skończyła się druga lekcja, do szkół trafiło zarządzenie, że dziewczynki mają wrócić do domów do czasu, kiedy specjalna komisja nie rozważy, czy pobieranie przez nie nauki można pogodzić z islamem. Jak łatwo się domyślić, komisja do dziś nie wydała żadnej opinii.

Co ciekawe, dla kobiet otwarte pozostają, przynajmniej częściowo, uniwersytety, ale i tam wprowadzono segregację płci. Co z tego jednak, skoro w państwie talibów zdobywszy wykształcenie, kobiety nie będą mogły pracować, a studentki nie będą napływać, bo nie będzie przybywało absolwentek zamkniętych na głucho szkół średnich.

Talibowie zajęli się też strojem. Od jesieni propagują noszenie burek i arabskich nikabów, także zasłaniających twarz. Początkowo robili to jedynie za pomocą plakatów rozwieszanych na ulicach, pod koniec roku ogłosili, że kierowcy będą mogli odmówić podwózki swoim autobusem czy taksówką nieodpowiednio ubranym kobietom. Wciąż nie decydowali się na najbardziej drastyczny krok, czyli obowiązkowe zakrywanie całej sylwetki łącznie z twarzą. Do czasu.

7 maja resort do spraw wspierania cnoty wydał dekret nakazujący wszystkim kobietom bezwzględne zasłanianie twarzy w miejscach publicznych.

Co najbardziej perfidne, za przestrzeganie tego prawa odpowiedzialnych uczyniono mężczyzn. To ojcowie, mężowie i bracia kobiet, czyli tzw. mahram (blisko spokrewnieni mężczyźni), mają ich pilnować. Jeśli nie będą zakrywały twarzy, mahram najpierw czeka umoralniająca wizyta talibów. Jak to nie poskutkuje, będą wzywani na dywanik do ministerstwa. Jeśli kobiety nadal nie posłuchają, mogą trafić na trzy dni do aresztu, a jeśli i to nie zadziała – przed sąd szariacki. Już teraz kobiety skarżą się resztce niezależnych mediów, że takie postawienie sprawy zwiększa presję, jakiej poddawane są w rodzinach, ze strony ich najbliższych męskich krewnych.

Nakaz zakrywania twarzy dotyczy dziennikarek, także tych nielicznych, które jeszcze pokazują się na wizji. Ich koledzy z komercyjnej stacji Tolo TV ogłosili dwudniową akcję solidarnościową i przez 48 godzin prezentowali newsy w maseczkach na twarzach, ale to oczywiście nie zmieniło decyzji talibów. Stacje komercyjne mają do wyboru albo przestać nadawać, albo zwolnić dziennikarki, albo pogodzić się z nakazem. Zważywszy, jak cenna jest jakakolwiek informacja starająca się zachować obiektywizm, jasne jest, że wygrało to ostatnie.

Popularna prezenterka Tolo TV Jalda Ali zbiera tysiące lajków pod postami na TikToku i Instagramie, w których opisuje absurdalność tego nakazu, ale niestety od wielu dni występuje przed kamerą z zakrytą twarzą.

Już wcześniej talibowie ogłosili zakaz nadawania seriali i programów talk show z kobietami. Wprowadzili segregację płciową w parkach, na placach zabaw itd. Odebrali większości kobiet nie tylko możliwość samodzielnego zarabiania na życie i robienia kariery, samorozwoju i edukacji. Skazali je na wegetację, pozbawiając dostępu do najprostszych rozrywek, takich jak rodzinne wyjście do restauracji czy piknik w parku w towarzystwie męża i dzieci.

Czytaj też: Polacy wracają z Afganistanu. Jaki jest bilans tej wiecznej wojny?

„Prędzej zgniję w domu, niż wyjdę w burce na ulicę”

Wszystko to w imię obsesji. Od kiedy 15 sierpnia 2021 r. doszli do władzy w Afganistanie, próbują wymazać kobiety z życia publicznego. Kawałek po kawałku ograniczają im prawa, spychając je jak najgłębiej w sferę prywatną.

Robią tak w imię purdeh – ich zdaniem najważniejszej zasady islamu. Słowo purdeh po persku oznacza zasłonę, ale odnosiło się do zwyczaju segregacji płci. Chodziło nie tylko o dosłowne zakrywanie kobiet przed wzrokiem obcych mężczyzn, ale też o takie układanie życia społecznego, w którym obie płcie miały ze sobą jak najmniej kontaktu. Co ciekawe, korzenie zwyczaju wywodzi się z przedislamskiej kultury perskiej. Potem przeniknął do różnych społeczności muzułmańskich, ale też hinduskich. Przez wieki dotyczył wyłącznie kobiet z klas wyższych, bo te z klas niższych, które musiały pracować i mieszkały w gorszych warunkach, trudno było zupełnie odseparować.

Dla talibów, wychowanych na ogół w bardzo tradycyjnym, plemiennym środowisku pasztuńskim, a ukształtowanych ideologicznie przez fundamentalistycznych kaznodziejów na pakistańsko-afgańskim pograniczu, zasada purdeh stała się obsesją, gwarancją moralnej czystości, narzędziem sprawowania kontroli nad społeczeństwem całego Afganistanu.

Już w pierwszym okresie swoich rządów, w latach 1996–2001, usiłowali ją wprowadzić jako obowiązującą normę w kraju, nie zważając na to, że dla wielu afgańskich społeczności i grup etnicznych była ona czymś całkowicie obcym. Wtedy im się udało, bo umęczeni trwającą kilkanaście lat wojną ludzie nie mieli siły się im przeciwstawić i byli gotowi zapłacić wysoką cenę za wytchnienie od bomb i artyleryjskich ostrzałów – zanim talibowie przejęli władzę, stały się ich codziennością. Jednak nawet wówczas nie wszystkie kobiety się tej regule podporządkowały. Nie wszystkie zrezygnowały z pracy i nauki, prowadząc np. tajne szkoły bądź posyłając do nich swoje córki. Te, które mogły sobie na to pozwolić, wyjechały do krajów, gdzie mogły nadal uczestniczyć w życiu publicznym.

Kiedy talibowie po 20 latach przerwy wrócili do władzy, niektórzy naiwni zachodni obserwatorzy myśleli, że są innymi ludźmi. Ci jednak konsekwentnie dążą do tego, żeby z purdeh znów uczynić uniwersalną zasadę życia społecznego. Tym razem jest im dużo trudniej, bo przez dwie dekady zmieniło się społeczeństwo, nad którym ponownie przejęli kontrolę. Wzrosła liczba wykształconych kobiet, szkoły podstawowe skończyła blisko połowa dziewcząt w kraju. Wyrosło pokolenie kobiet świadomych swoich praw i przez to dużo bardziej pewnych siebie i asertywnych.

Od sierpnia kobiety protestowały przeciwko każdej decyzji talibów, która ograniczała ich prawa. Były pod resortem do spraw kobiet, kiedy ogłoszono jego przekształcenie w ministerstwo do spraw wspierania cnót i zwalczania występków, były na ulicach, domagając się możliwości pracy, protestowały przeciwko zamknięciu szkół, a trzy dni po ogłoszeniu dekretu o całkowitym zasłanianiu twarzy wyszły, ubrane oczywiście tylko w chustki i płaszcze, bez burek, krzycząc, że żądają równego traktowania.

Ten ostatni zakaz próbują omijać lub oswajać, zostając przy swoich tradycyjnych, kolorowych strojach, zakładając tylko maseczki chirurgiczne, jak w czasie pandemii. I z tym jednak talibowie walczą. Kilka dni temu przed bramą uniwersytetu w Kabulu wyłapywali wszystkie dziewczyny w kolorowych chustach i odsyłali je do domu, żeby się przebrały.

Wiele kobiet nie decyduje się na żadną formę protestu. Starają się do minimum ograniczać wychodzenie z domu, boją się konfrontacji z talibami. – Marzę tylko o tym, żeby stąd wyjechać, moje życie stało się nie do wytrzymania – mówi mi przez telefon Nasira. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy straciła prawie wszystko, co kochała. Nie ma pracy, była nauczycielką informatyki w fundacji uczącej dziewczynki programowania. Fundacja wyniosła się z Afganistanu po 15 sierpnia. Nawet nie może iść z mężem i teściami na piknik do parku, a tak lubili to kiedyś robić. Burki nie zamierza kupować. Nikt jej nie zmusi do nałożenia tego symbolu opresji, zapewnia mnie. – Prędzej zgniję w domu, niż wyjdę w burce na ulicę – dodaje.

Takich kobiet jak Nasira jest wiele, pytanie, na ile jeszcze starczy im sił.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
02.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną