Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

744. dzień wojny. Wzmocnienie obrony powietrznej Ukrainy jest pilnie potrzebne. Co wniosą F-16?

Ukrainie będzie się na pewno łatwiej bronić, gdy będzie miała w końcu myśliwce wielozadaniowe F-16, choć skrócony do minimum czas szkolenia (rok) rodzi pewne obawy o skuteczność ukraińskiego personelu. Ukrainie będzie się na pewno łatwiej bronić, gdy będzie miała w końcu myśliwce wielozadaniowe F-16, choć skrócony do minimum czas szkolenia (rok) rodzi pewne obawy o skuteczność ukraińskiego personelu. Gerard van der Schaaf / Flickr CC by 2.0
Po kolejnym silnym ataku Rosji na obiekty w głębi Ukrainy prezydent Zełenski apeluje do sojuszników o wzmocnienie obrony powietrznej państwa, w tym dostawę jak największej liczby F-16. Mówi też o potrzebie aż 25 patriotów.

Rosyjskie ataki na Ukrainę mają charakter czysto terrorystyczny. Ostatniej nocy wystrzelono 19 dronów Shahed, ale wszystkie zostały zestrzelone. Natomiast w kierunku miasta Dnipro odpalono z samolotu rakietę Ch-59 o zasięgu 250 km, nie wiadomo, w co trafiła. Z kolei na Odessę wystrzelono przeciwokrętową rakietę Ch-35 z Krymu – została odpalona w awaryjnym trybie niszczenia obiektu naziemnego zamiast nawodnego (w takim przypadku dokładność trafienia nie jest wielka, ale miasto ostrzelać można). Z rana przeprowadzono też atak na Charków, używając do tego albo północnokoreańskich rakiet balistycznych, albo rakiet przeciwlotniczych S-300, bo celność nie imponowała, rozrzut w mieście był znaczny i trafiano w przypadkowe obiekty.

Czytaj także: Tata wszystkich bomb. Co tak naprawdę łupnęło w Ukrainie? I co tu planują Rosjanie?

Poza atakami na Ukrainę Rosja wygraża wszystkim na około, czyli nic nowego. Rosyjski MSZ wydał wczoraj oświadczenie, że Zachód usiłuje wyrwać Armenię z sojuszu z Rosją, chcąc ją również wyprowadzić ze struktur Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB), czyli takiego rosyjskiego NATO, do którego należą obecnie Rosja, Armenia, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan. Należące do organizacji w latach 90. Azerbejdżan, Gruzja i Uzbekistan opuściły ją. Po tym, jak Rosja nie udzieliła Armenii gwarantowanej układem pomocy w wojnie z Azerbejdżanem, Armenia zaczęła się rozglądać za integracją z zachodnimi strukturami, które gwarantowałyby jej bezpieczeństwo, co wywołało wściekłość Kremla. Wojsk do Armenii Rosja wysłać na razie nie może, więc jest to złość chwilowo bezsilna.

Ale że Rosja ma rozmach, to grozi także Finlandii. MSZ Rosji stwierdził, że Finlandia, przystępując do NATO, straciła niezależność w kształtowaniu własnej polityki zagranicznej. A rosyjski ambasador w Finlandii Paweł Kuzniecow stwierdził, że Finlandia jest na „kursie niszczycielskim”. Wzruszająca jest ta troska Rosji o inne państwa. Zwłaszcza o te, które nie są w stanie dorównać jej uczciwością, praworządnością, brakiem korupcji i nepotyzmu, nieskrępowaną demokracją, wolnością słowa i wolnościami obywatelskimi. Bo przecież powszechnie wiadomo, że takiego niedoścignionego na tych polach wzoru jak Rosja na świecie nie ma.

Czytaj także: To sygnał nowej zimnej wojny. Europie umknął ważny ruch Rosji

Ciekawostką jest, że czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow zdecydował się na przyjęcie do czeczeńskiej jednostki specjalnej „Achmed” resztek tego, co pozostało po niesławnej pamięci CzWK „Wagner”, a zgodę na to wyraził dowódca tych wagnerowskich resztek Aleksandr „Ratibor” Kuzniecow. Ciekawe, co z tego wyniknie, bo w przeszłości obie formacje się raczej sympatią nie darzyły, a nawet potrafiły się między sobą postrzelać. Do kadyrowców przechodzi blisko 3 tys. byłych wagnerowców, zaś 5 tys. innych otrzymało przydziały do 2. Ługańskiego Korpusu Armijnego Gwardii. Czyżby ługańscy separatyści się skończyli i potrzeba takiego specjalnego zasilenia?

Na frontach najtrudniejsza sytuacja panuje w rejonie miejscowości Czasiw Jar na zachód od Bachmutu, gdzie Rosjanie wreszcie zaczynają odnosić drobne (na szczęście) sukcesy, po tym, jak 11 miesięcy temu zdobyli sam Bachmut. Zdołali tam zgromadzić przeważające siły i nie ustają w atakach, mimo utraty znacznej liczby pojazdów pancernych i samych żołnierzy. Straty ludzkie Rosjan to w jednej piątej zwolnieni więźniowie, którzy w Ukrainie dostają szansę na całkowite opuszczenie dotychczasowych miejsc pobytu w więzieniach i koloniach karnych. Jeśli oczywiście przeżyją nieustanne szturmy na umocnione ukraińskie pozycje.

Czytaj też: Tarcze i miecze. Czym dokładnie dysponuje NATO? Jak się może bronić, czym atakować?

Wzmocnić obronę powietrzną Ukrainy

Prezydent Wołodymyr Zełenski zwrócił się z prośbą do zachodnich sojuszników o dalsze dostawy nie tylko rakiet, ale także nowych systemów przeciwlotniczych. Zełenski wymienił konkretnie patrioty, ale mogą to być systemy ekwiwalentne. Najbardziej jednak szokująca jest liczba potrzebnego uzbrojenia: 25 systemów. Polska za niewiarygodną sumę 4,75 mld dol. kupiła dwa dywizjony z czterema bateriami oraz system dowodzenia, wsparcie logistyczne i szkoleniowe. Planujemy jeszcze zakup trzech kolejnych dywizjonów z dwoma bateriami każdy, choć jednostkowa cena dywizjonu będzie już mniejsza.

Czytaj także: Jak bronić polskich lotnisk przed atakami? To wyzwanie, ale jest pomysł

Powiedzmy sobie od razu: system to nie wyrzutnia, jak omyłkowo mówiono w niektórych telewizjach. Jeden system, czyli ukompletowanie w sprzęt jednej baterii, zawiera wszystko, czego patriot potrzebuje do działania. Głównym elementem baterii (systemu) jest radar kierowania ogniem oraz umieszczona na oddzielnym pojeździe bateryjna stacja kierowania ogniem. Do tego jest sześć–osiem wyrzutni i wiele innego sprzętu zabezpieczającego. Dodatkowo w składzie dywizjonu jest stacja kierowania ogniem całego dywizjonu, który składa się zwykle z dwóch–trzech baterii (teoretycznie może ich być sześć w dywizjonie). 25 „systemów” to nie 25 wyrzutni, lecz 25 baterii, łącznie tyleż radarów kierowania ogniem („serce” systemu) i 150–200 wyrzutni.

Polskie dywizjony są bardziej kosztowne, bo dodatkowo włączamy w skład dywizjonu bardzo nowoczesny radar dalekiego zasięgu P-18PL (ma bardzo niewiele wspólnego z dawnym sowieckim radarem P-18, w zasadzie tylko nazwę i pasmo pracy), a ponadto w naszych bateriach z ośmioma wyrzutniami w każdej jest nie jeden, lecz dwa zestawy kierowania ogniem z radarem systemu i stacją dowodzenia. Czyli nasze baterie są takie podwójne w stosunku do innych.

Licząc nawet po trzy, cztery baterie w dywizjonie, Ukraina potrzebuje według prezydenta Zełenskiego jakieś sześć do ośmiu dywizjonów, niemal dwa razy tyle, ile Polska zamierza zakupić dla siebie kosztem ładnych miliardów dolarów. Fakt, Ukraina jest dwa razy większa od Polski, więc nawet po odjęciu 17 proc. terenów okupowanych przez Rosjan to wielkie terytorium do obrony. I nie oszukujmy się: nasze cztery dywizjony będą w stanie obronić Warszawę (dywizjon), wojska na froncie (dwa dywizjony) i rejon portów Szczecin-Świnoujście (ostatni dywizjon), który ma kluczowe znaczenie dla wszelkich dostaw dla Polski, a szczególnie surowców energetycznych. Podobnie może zrobić Ukraina ze swoimi ośmioma dywizjonami, jeden broniłby Kijowa, jeden Charkowa, jeden Odessy, jeden Lwowa, jeden miasta Dnipro i ważnych mostów na Dnieprze, a trzy pozostałe wojsk na froncie: jeden na północy, jeden na wschodzie i jeden na południu. To oczywiście tylko wariant, ale pokazuje, że aby zapewnić jaką taką obronę naprawdę kluczowych obiektów, to trzeba tego sprzętu wyjątkowo dużo. Byłoby to zapewne bardzo drogie – droższe niż zakup „wypasionych” wersji i ich ukompletowania dla Polski wraz z najnowocześniejszym systemem dowodzenia. Taki program mógłby być zrealizowany tylko w przypadku, gdyby do pomocy włączyły się także Stany Zjednoczone, a produkcja byłaby oczywiście mocno zintensyfikowana. Obecnie systemy Patriot są kupowane przez wiele państw i czas oczekiwania na dostawy wcale nie jest taki krótki.

Czytaj też: NATO coś planuje w sprawie Ukrainy. Słowo klucz: misja. Ale jaka?

Cenne uzupełnienie – myśliwce F-16

Ukrainie będzie się na pewno łatwiej bronić, gdy będzie miała w końcu myśliwce wielozadaniowe F-16, choć skrócony do minimum czas szkolenia (rok) rodzi pewne obawy o skuteczność ukraińskiego personelu. Wiadomo, że F-16 mają przyjść „latem”, ale czy to będzie czerwiec czy sierpień? Podejrzewamy, że pojawią się mimo wszystko wcześniej, niż to się zapowiada, by uzyskać pewien element zaskoczenia. Nie ma co się jednak oszukiwać: 24 samoloty pozwalające na wyposażenie dwóch eskadr ledwie wystarczą do zapewnienia podstawowej obrony powietrznej najważniejszych terenów kraju i może nawet osłonę wojsk przed atakami lotniczymi. W małym jednak stopniu pozwoli to na prowadzenie ofensywnych działań powietrznych, bo najtrudniejsze będzie wywalczenie powietrznej przewagi. Do tego Ukraina musiałaby zakupić jeszcze jakieś skuteczne systemy rozpoznania radioelektronicznego, pozwalające na szybkie i trafne lokalizowanie rosyjskich systemów przeciwlotniczych, z którymi należałoby „spiąć” pododdziały rozpoznawczych aparatów bezpilotowych o nieco większym zasięgu do potwierdzenia lokalizacji. Trzeba by było też wydzielić do współpracy wyrzutnie HIMARS z rakietami kierowanymi (które też trzeba dostarczyć), co pozwoliłoby na szybkie niszczenie wykrytych rosyjskich systemów przeciwlotniczych. Z resztą musiałyby sobie radzić same F-16 za pomocą pocisków przeciwradarowych AGM-88 Harm i pocisków skrzydlatych średniego zasięgu AGM-154 JSOW. Czy Ukraina dostanie taki arsenał?

Czytaj także: Ile znaczy F-16. Czy Kijów może dostać najbardziej znane myśliwce NATO?

Prezydent Zełenski mówi, że jego kraj potrzebuje dziesięć razy tyle myśliwców, czyli ponad 200, a nie 24. Tylko skąd Ukraina wzięłaby tylu wyszkolonych pilotów? Na coś takiego nie ma szans, na 24 samoloty potrzebuje mniej więcej 50 pilotów, by maksymalnie wykorzystać ich możliwości (duża liczba lotów bojowych w ciągu dnia jest ponad siły jednego pilota, dwóch latających na zmianę to minimum). Na 240 samolotów potrzebowałaby pół tysiąca pilotów bojowych przeszkolonych na F-16. Polacy mają 48 F-16, a zatem ok. 120–150 pilotów na ten typ wyszkolonych i zdolnych na bieżąco wykonywać na nich loty, licząc pilotów z różnych dowództw. Średni czas służby na F-16 to 8–10 lat, więc co roku potrzeba nie więcej niż 15–20 pilotów. Mniej więcej tylu się w Polsce rocznie przyjmuje na szkolenie, a cykl przeszkolenia to minimum dwa lata, czasem trzy. Jak Ukraina chciałaby przeszkolić 500 pilotów, trudno powiedzieć, tego się nie da zrobić, bo zakładając, że każdy wylatuje w szkoleniu jakieś 150 godz. do pełnego combat ready, to jest to 75 tys. godz. lotu. Gdyby to skrócić do roku i 100 godz., nadal jest to 50 tys. godzin lotu, co oznacza całkowite wyczerpanie resursów na siedmiu samolotach (siedem wyprodukowanych F-16 po wylataniu 8 tys. godzin na takim szkoleniu musiałoby przejść kosztowny remont, by przed oddaniem na złom można ich było używać jeszcze przez jakieś 4 tys. godz.). Silnik ma 2 tys. godzin resursu do generalnego remontu, więc przy takim szkoleniu (uwzględniając pracę na ziemi) zużyto by całkowicie mniej więcej 15 silników z jednym generalnym remontem po drodze. Koszty tego szkolenia są więc horrendalne, ale ile by to trwało! Dlatego wyszkolenie 50 ukraińskich pilotów przez rok to i tak gigantyczny wysiłek ze strony państw partnerskich, które zużywają samoloty mające trafić do Ukrainy (tu pewnie i tak nie dotrwają do końca resursu technicznego), ale też i swoje własne. Oczywiście korzysta się z pomocy zaawansowanych symulatorów, ale czas ich pracy też jest niezwykle cenny, zwłaszcza że był wyliczony na szkolenie własnych pilotów, a nie dodatkowo obcych.

Budowanie lotnictwa wojskowego to proces ciągły, nie można go zatrzymać, bo powstałe opóźnienia w szkoleniu i zakupie sprzętu są ciężkie do odrobienia, głównie finansowo. Dlatego to właśnie od sił powietrznych, choć te są i tak najjaśniejszym punktem w europejskim systemie obronnym, należy zacząć rozbudowę europejskich wojsk. Ich też nie ominęły drastyczne redukcje.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Walka o słynny pomnik w Rzeszowie. Chcą go przejąć i wyburzyć

Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie jest dziś dziełem sztuki i zabytkiem. Bernardyni zdecydowali niespodziewanie o przekazaniu go za darmo Stowarzyszeniu Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, które chciałoby go wyburzyć. Wbrew władzom miasta i mieszkańcom.

Jagienka Wilczak
18.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną