Portrety: Nima
Nima nigdy nie była dalej niż za rzeką. Ostatni raz widziała Europejczyków kilka lat temu, kiedy odwiedzili szkołę zostawiając kilka książek. Tym razem chciałaby nie zmarnować szansy.

Nima zna Europę tylko z książek z darów.

Z okna biblioteki w betonowym bungalowie widać ośnieżone szczyty Himalajów, a na ścianach wiszą plakaty informujące o tym, jakim skarbem jest lokalna przyroda. Nima rzadko wygląda przez okno, bo zna ten widok od dziecka. Jej oknem na świat są książki. Nieduży, ale różnorodny zbiór zawiera elementarz o państwu Brown, pomoce językowe dla dzieci w wieku przedszkolnym, malowanki, podręczniki o ochronie środowiska, specjalistyczne wydawnictwa techniczne, makroekonomię kapitalistyczną, "Kubusia Puchatka" i periodyki z zakresu od Sasa do Lasa.

Nima mówi po angielsku powoli, ale wyjątkowo gramatycznie. Jest nauczycielką angielskiego w szkole, w której się angielskiego uczyła. Do pracy chodzi, jak wszyscy, piechotą. Nie ma daleko, bo jej dom stoi na sąsiedniej górce. Niektórzy uczniowie z doliny, a zwłaszcza zza rzeki, idą na lekcje nawet dwie godziny. Rano i po południu tasiemce niebiesko-bordowych mundurków z książkami na głowie ciągną po górskich ścieżkach. Spotkany nieznajomy, nawet jeśli nie chce, staje się członkiem maszerującej grupy. Kiedy się zasapie, grupa czeka.

Choć też prawdą jest, że do tych górskich wiosek nie leżących na szlaku niewielu nieznajomych zagląda. Ostatni przystanek autobusowy jest za siedmioma górami. Stamtąd można iść już tylko na piechotę, w górę, w dół, w górę, w dół. I trzeba mieć ku temu ważny powód. Do Katmandu i z powrotem chodzą tu przeważnie tragarze. Poczta i gazety docierają z dwudniowym poślizgiem. Nie ma telefonów, a z ostatnich osiągnięć techniki znaleźć można szczoteczki do zębów, zupki chińskie i czasami lampy na baterie słoneczne.

Nima nigdy nie była dalej niż za rzeką. Ostatni raz widziała Europejczyków kilka lat temu, kiedy odwiedzili szkołę zostawiając kilka książek. Tym razem chciałaby nie zmarnować szansy. Więc zbiera się na odwagę i w obecności samego dyrektora prosi, aby zostali jej gośćmi. Mimo że koordynator, nie byle kto z Katmandu, spieszy się do następnej szkoły (trzy godziny szybkiego marszu, w tym podejście stromą ścianą), Nima nie ustępuje. Wpatruje się w towarzyszących mu Europejczyków coraz bardziej błagalnie: „Bądźcie moimi gośćmi. To dla mnie zaszczyt.” Ale przecież nawet gdyby zostali, dyrektor i tak zabrałby ich do swojego domu, częstowałby herbatą w swoim gabinecie, oprowadzałby po pilotażowej plantacji kawy, przedstawiałby innych dyrektorów. Zwykła nauczycielka nie może tak po prostu absorbować ważnych gości.

A Nima chciałaby porozmawiać o szerokim świecie po angielsku. Nie poszła nigdy do Katmandu na studia, bo nie miała pieniędzy, a jeszcze bardziej nie miała odwagi. Jej brat przeciwnie, wybrał się sam na naukę do stolicy, mimo, że ojciec go nie zachęcał. Kiedy Nima wraca po pracy do domu, nie idzie na kurs doskonalenia zawodowego, nie ogląda BBC i nie czyta angielskich nowel, bo pochłania ją zwykłe przygotowanie obiadu. Łuska fasolę, rozpala ogień i w kucki gotuje ryż, który wcześniej zbierała, ładowała do kosza i wnosiła na szczyt. Jak każda nauczycielka z gór.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj