Ta podjęta w szybkim tempie decyzja ponoć nie ma żadnego związku z apetytami Donalda Trumpa na pozyskanie Grenlandii, ale coś chyba jednak jest na rzeczy. Kontrowersyjna praktyka stała ością w gardle wielu Inuitom, ale wcześniejsze wieloletnie starania o korektę zasad prawnych nie przynosiły rezultatu. Sprawa przyspieszyła w listopadzie w atmosferze skandalu. Za sprawą Inuitki Keiry Kronvold, która oblała testy i służby socjalne Jutlandii Północnej odebrały jej córkę w dwie godziny po urodzeniu (mogła mieć z nią kontakt przez godzinę tygodniowo). Wcześniej zabrano jej dwoje dzieci, a takie decyzje są zawsze poufne, więc trudno tu o szczegóły.
Inuici mieszkający w Danii za sprawą FKU pięciokrotnie częściej niż rdzenni Duńczycy tracili prawa rodzicielskie, ale – jak alarmowały organizacje praw człowieka – działo się tak, bo często słabo znali język, a procedura nie uwzględniała ich odmienności kulturowej i cywilizacyjnej. Na przykład wielką rolę przy porozumiewaniu się odgrywa u nich mimika, czego nie mogły uwzględnić duńskie testy. Za sprawą Trumpa relacje Nuuk z Kopenhagą nabrały szczerości. W telewizyjnej debacie grenlandzki premier Múte Egede orzekł, że jego autonomiczna wyspa „ma już serdecznie dość wiecznego dziękowania Duńczykom, że byli tak łaskawymi kolonizatorami”. Grenlandia wreszcie ma swoje pięć minut.