Andrej Babisz triumfuje w Czechach, choć bez większości. Populizm wraca nad Wełtawę
Według wstępnych wyników podawanych przez czeskie media i zagranicznych korespondentów ANO zgromadziło 34,7 proc. głosów, co zgodnie z dostępnymi symulacjami rozkładu mandatów przełoży się na 81 miejsc w 200-osobowej Izbie Reprezentantów. Na drugiej pozycji znalazła się koalicja trzech formacji, które współtworzą obecną większość rządzącą. W skład tego sojuszu weszła partia ODS, kierowana przez odchodzącego premiera Petra Fialę, chadecy z KDU-CSL oraz liberalna gospodarczo, ale konserwatywna światopoglądowo partia TOP09. W dwudniowym, piątkowo-sobotnim głosowaniu poparło ich 23,2 proc. wyborców. Na trzecim miejscu znalazł się sojusz samorządowców pod szyldem STAN – jego członkowie również funkcjonowali dotychczas w ramach koalicji pod przewodnictwem Fiali, ale zdecydowali się na osobny start, uzyskując 11 proc. poparcia. Niezależnie do wyborów poszli też liberalni Piraci, którzy ostatecznie uzyskali 8,9 proc.
Czeski papierek lakmusowy
Wybory parlamentarne w Czechach okazały się więc papierkiem lakmusowym dla dzisiejszej polityki europejskiej, i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, triumf ANO bezsprzecznie potwierdza prawdziwość tezy, że pogłoski o śmierci populistów są mocno przesadzone. Co więcej, wydaje się, że rację ma znany bułgarski politolog Iwan Krastew, który opublikował niedawno na łamach brytyjskiego „Prospect Magazine” monumentalny esej o przyszłości demokracji i liberalnego projektu politycznego. Krastew zauważa, że populistom najtrudniej do władzy dojść po raz pierwszy – kolejne razy nie tylko się zdarzają, ale zaczynają wymagać coraz mniejszych nakładów politycznych, a nawet finansowych. Prawdziwość tej tezy potwierdził Donald Trump, może to zrobić niebawem w Polsce PiS, a teraz w Czechach robi to Babisz – polityk obciążony skandalami własnymi i partyjnymi, kontrowersyjny, oderwany od „ludu”, jak tylko się da swoją wielomilionową fortuną. A jednocześnie ktoś, kto już raz złamał normy demokratyczne, te formalne i te niepisane – pokazując, że to, co niegdyś było nie do pomyślenia w polityce wyborczej, dzisiaj staje się nie tylko realne, ale też akceptowalne czy pożądane przez wyborców.
Czytaj także: Czesi głosowali: muzykant czy wojak? To kluczowe wybory, a Babisz nie ma skrupułów
Po drugie, czeskie wyniki pokazały, że europejskie społeczeństwa niemal wszędzie są głęboko podzielone, trwa poszukiwanie realnej formy reprezentacji politycznej, stare partie są w odwrocie, a nowe nie mają (jeszcze?) masowego oddziaływania. Bądź co bądź ANO poparła nieco ponad jedna trzecia głosujących Czechów przy frekwencji wynoszącej niecałe 69 proc. Trudno uznać to za miażdżące zwycięstwo, legitymizujące szerokie zmiany społeczne. Z jednej strony można więc stwierdzić, że populizm nie jest nad Wełtawą szczególnie popularny. Z drugiej jednak – brak dla niego alternatywy, bo po drugiej stronie nie ma konkretnego rywala. Wszak koalicja Fiali to nie byli liberałowie, chadecy, socjaliści, tylko oni wszyscy razem wzięci, z małymi dodatkami samorządowców i politycznych start-upowców. Krótko mówiąc, na jednym końcu spektrum stoją populiści, najczęściej prawicowi, choć coraz częściej przeciwni wolnemu rynkowi, a na drugim – „niepopuliści”, którzy jednak (podobnie jak w Polsce), dochodząc do władzy, przypominają sobie o ideologicznych różnicach. W rezultacie są mniej skuteczni niż populiści, w ich formacjach dochodzi do rozłamów, mnożą się przez pączkowanie, osłabiając własne rezultaty w wyborach opartych przecież najczęściej na zasadzie proporcjonalności. Potem przegrywają, nawet jeżeli dokonują reform słusznych z pragmatycznego punktu widzenia, jak w przypadku Fiali, który wprowadził szereg zabiegów oszczędnościowych, żeby zbilansować kulejące finanse publiczne.
I po trzecie, być może najważniejsze, wygrana wyborcza i bycie najpopularniejszą partią w kraju może wcale nie dać Babiszowi fotela premiera. Co skądinąd też byłoby spójne z europejskim trendem. W końcu w Polsce w 2023 r. wybory wygrał PiS, a i tak nie rządzi. W Niemczech najpopularniejsza pozostaje AfD, wciąż otoczona kordonem sanitarnym, przez co szanse na przejęcie władzy ma niewielkie. W ostatnich hiszpańskich wyborach triumfowała prawica z PP, ale ostatecznie zabrakło jej głosów do sformowania większości, nawet w sojuszu ze skrajnie prawicową formacją Vox. W czeskim scenariuszu wiele rzeczy jest jeszcze możliwych. Babisz może sformować rząd mniejszościowy, każdorazowo zbierając większość przy konkretnych głosowaniach. Może zostać również zablokowany przez Petra Pavla, prezydenta republiki, byłego generała NATO i zdecydowanego zwolennika zaangażowania Pragi we wsparcie dla Ukrainy w wojnie z Rosją, co Babisz najchętniej zakończyłby całkowicie.
Czytaj także: Petr Pavel nowym prezydentem Czech. Klęska populizmu Babisza
Co zrobi prezydent Petr Pavel?
Żeby zrozumieć konstytucyjne pole manewru, które ma przed sobą Pavel, trzeba zajrzeć do historii skandali z udziałem szefa ANO. Babisz jest bowiem założycielem i właścicielem Agrofertu, giganta z branży nawozów rolniczych, choć formalnie w latach 2017–24 nie sprawował nad firmą kontroli. Wykonał sprytny zabieg prawny, umieszczając akcje firmy w funduszu powierniczym, żeby uniknąć potencjalnego konfliktu interesów pomiędzy rolami szefa holdingu i premiera Czech. Problem w tym, że na ten trik nie dała się nabrać Komisja Europejska, w 2019 r. zarzucając Babiszowi wpływanie na pozycję Agrofertu za pośrednictwem rządowych instrumentów prawnych. Ministerstwo rolnictwa uznało nawet, że firma musi zwrócić równowartość 200 mln euro unijnych dotacji. Babisz, dzisiaj będący znów prezesem spółki, wprost mówi, że tego nie zrobi.
Czytaj także: Kłopoty premiera Babisza
Teoretycznie więc Pavel ma, według interpretacji niektórych konstytucjonalistów, prawo odmówić zaprzysiężenia Babisza, uznając jego pozycję za łamiącą prawo. Szanse na to są małe, ale większe niż zero, bo prezydent nie wypowiedział się w tej kwestii jednoznacznie. W orędziu do narodu, jak pisze Politico, obiecał jedynie zaprzysiężenie „stabilnego i kompetentnego rządu”, co trudno uznać za klarowną deklarację.
Żaden scenariusz nie wydaje się tu całkowicie dobry dla Europy. Ewentualne starcie prezydenta z szefem ANO wywołałoby gigantyczny kryzys konstytucyjny, podważyłoby wiarygodność instytucji, prawdopodobnie napędzając jeszcze frustrację wyborców i zwiększając podziały. Trudno mówić o praworządności, gdy zapewne jedna trzecia elektoratu przestałaby wierzyć, że konstytucja nie jest wykorzystywana w celach czysto politycznych. Jeśli natomiast Babisz wygra, najpewniej pchnie Czechy z powrotem na orbitę populizmu. Nie bezpośrednio prorosyjskiego, ale na pewno antyukraińskiego. Już zapowiedział, powtarzając frazy żywcem zaczerpnięte z rosyjskiej propagandy, że wojna w Ukrainie to nie jest wojna Czechów. Chce też zakończenia zainicjowanego przez Fialę na początku 2024 r. programu zwiększenia produkcji i wysyłania Ukraińcom standaryzowanej do wymagań NATO amunicji, co w wielu miejscach pozwala utrzymać jeszcze linię frontu. W 2025 r. Europa liberalna, progresywna, demokratyczna nie ma wielu powodów do radości. Wszystko wskazuje na to, że Praga też ich nie dostarczy.