Wojny karaibskie
Jak Donald Trump walczy z kartelami narkotykowymi Ameryki Środkowej
Dla osób wnikliwie obserwujących Amerykę Donald Trumpa nic w tej historii nie powinno być zaskoczeniem. Może poza krajem, którego obywatele zostali ostatecznie „zlikwidowani”. Według oficjalnych danych do końca ubiegłego tygodnia działania amerykańskiej armii doprowadziły do śmierci 27 obywateli Wenezueli w ramach pięciu operacji morskich.
O kolejnych atakach na łódki rzekomo należące do wenezuelskich gangów i przewożące narkotyki na rynek amerykański można było się dowiedzieć z… profilu Trumpa na jego platformie TruthSocial – to były dwa pierwsze przypadki. O trzecim i piątym wiemy, bo prezydent niemal od niechcenia rzucił informację o nich reporterom w czasie konferencji prasowych. Czwarty został ujawniony przez sekretarza wojny Pete’a Hegsetha, także w mediach społecznościowych.
Na pierwszy rzut oka operacje te stoją w sprzeczności z deklarowanym izolacjonizmem Trumpa. Prezydent USA nadal przekonuje, że jego administracja będzie wojny kończyć, a nie zaczynać. Co więcej, amerykańska armia miała nie angażować się już w żadne działania poza granicami kraju. Nie licząc Los Angeles, na którego ulice trafili marines, jedynym miejscem na planecie, w którym liczebność wojsk USA uległa zwiększeniu, jest granica kraju z Meksykiem.
Tymczasem mamy prezydenta, który w stylu typowym raczej dla George’a W. Busha i Dicka Cheneya wysyła kongresmenom list z deklaracją wojny. W dodatku nie do końca wiadomo, komu tę wojnę wypowiada (kartelom?) i czy czasem nie łamie przy tym prawa – krajowego i przede wszystkim międzynarodowego. Bo w tej historii chodzi o władzę, kontrolę nad służbami i agencjami federalnymi, odpowiednią narrację, ale przede wszystkim – o definicje.
Według Trumpa latynoskie kartele szmuglujące narkotyki stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA.