I sprzymierzeńcy Ameryki, i jej rywale mają strapienie z Radą Pokoju – nową organizacją międzynarodową utworzoną na życzenie Donalda Trumpa. „Będziemy mogli robić praktycznie wszystko, co zechcemy” – kusi prezydent Stanów Zjednoczonych. Akt założycielski podpisano na szczycie w Davos. Obok Trumpa swoje podpisy złożyli przedstawiciele 19 państw, co oznacza, że stawiła się raptem jedna trzecia zaproszonych. Rozwiązanie dylematu „czy wstępować, czy odmawiać, czy zwlekać z odpowiedzią” wymaga oszacowania ryzyka – czy narażać się na irytację Trumpa i wystawiać na jego potencjalnie brutalną reakcję? Wymaga też ustalenia, czym Rada Pokoju (Board of Peace) faktycznie ma być.
Punktem wyjścia pozostaje zarzut Trumpa, że dotychczasowe instytucje porządku międzynarodowego – na czele z Organizacją Narodów Zjednoczonych – nie służą amerykańskim interesom. W preambule Karty Rady Pokoju czytamy więc, że w działaniach społeczności międzynarodowej zabrakło „pragmatycznego osądu, zdroworozsądkowych rozwiązań i odwagi”, w związku z czym powszechnie „instytucjonalizowano” kryzysy, zamiast je kończyć. BoP ma być zatem jakimś zamiennikiem ONZ, jeśli nie całej, to przynajmniej Rady Bezpieczeństwa. I nie chodzi raczej o rzeczywiste wspieranie pokoju, zwłaszcza w Strefie Gazy. Prędzej o narzędzie władzy. Trump woli system, w którym zamiast dotychczasowych zasad obowiązuje siła oraz lojalność, wymuszona lub kupiona.
Rada powstała podstępem. Wykiełkowała z komisji, która miała wspierać odbudowę Strefy Gazy. Jej powstanie przewidywała listopadowa rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803. Odbudowa regionu zniszczonego podczas wojny z Izraelem ma przebiegać według planu napisanego przez Amerykanów i jesienią większych kontrowersji nie budziło włączenie ONZ w jego realizację.