W stolicy USA jest dość spokojnie. Niewiele przypomina o tym, że Ameryka burzliwie zamyka granice przed obcymi. Tylko Dolores, która sprząta mieszkanie moich przyjaciół, zadzwoniła do nich, że nie może przyjść, bo boi się aresztowania. Kilka latynoskich restauracji zamknięto, bo personel trzeba było zwolnić albo ukryć przed agentami służb imigracyjnych. Wiele innych jest bliskich bankructwa, bo do Waszyngtonu przyjeżdża znacznie mniej zagranicznych turystów.
Poza stolicą dzieje się dużo więcej. Ulicami wielu amerykańskich miast suną tłumy ludzi niosących transparenty z hasłami potępienia polityki rządu. A w Minneapolis w stanie Minnesota polała się krew – dwoje białych Amerykanów zginęło od kul agentów federalnych polujących na imigrantów.
Nasilające się po zabójstwach protesty i zaostrzenie politycznego podziału w kraju to efekt trwającej od roku antyimigracyjnej rewolucji Donalda Trumpa. W USA mieszka 11–14 mln nielegałów (to szacunkowe liczby). A prezydent obiecał wydalić wszystkich albo przynajmniej bliżej nieokreślone „miliony”.
Deportacje są głównym, ale nie jedynym, filarem programu „czyszczenia” Ameryki z obcokrajowców bez amerykańskiego obywatelstwa lub prawa stałego pobytu (zielonych kart). Trump uchylił najpierw prawo do ubiegania się o azyl na granicy – można to robić u siebie w kraju – i zlikwidował mechanizm „warunkowej ochrony” przed deportacją 1,5 mln osób o nieuregulowanym statusie. Drastycznie ograniczył też limity przyjęć politycznych uchodźców, wyjątek czyniąc dla białych Afrykanerów z RPA. Powróciły znane z pierwszej kadencji zakazy wjazdu do USA obywateli krajów określanych przez prezydenta jako „gówniane”, czyli przeważnie z biednego Południa. Restrykcje wizowe obcięły liczbę zagranicznych studentów.