Listonosz śmierci
Listonosz śmierci. „Z przykrością informuję, że pani mąż…”. Tak wygląda wojna daleko od frontu
Za oknem ciemno. Ścisnął mróz. Śnieg nie przestaje sypać. Polana trzeszczą w piecyku. Kapitan Rusłan Walerianowicz Kipisz siedzi w ciepłej kuchni. Czeka na ciało. Od kilku godzin co jakiś czas dzwoni do podkomendnych z Wojskowej Komendy Uzupełnień (TCK) w miasteczku. – I jak chłopcy? Coś wiadomo? Przywieźli? Ciągle nic? No to czekamy, czekamy.
Miasteczko N. leży daleko od wojny, w zachodniej Ukrainie. Właściwie jest to „osiedle typu miejskiego”, czyli coś pomiędzy dużą wsią i małym miastem. Skrzyżowanie dróg krajowych. Szkoła. Liceum. Siedziba władz gminy, która obejmuje ponad 20 siół, wiosek i chutorów – to obszar odpowiedzialności kapitana Kipisza. Ludzie mówią prawie wyłącznie po ukraińsku, ale zdecydowana większość modli się w cerkwiach patriarchatu moskiewskiego.
Na głównej ulicy stacja benzynowa – czasem pełni funkcję sklepu, czasem knajpy, czasem domu kultury. Szczególnie latem, kiedy chłopcy wieczorami piją piwo, a dziewczyny tańczą na maskach samochodów. Bo wojna trwa już cztery lata, a życie musi się jakoś toczyć. Tym bardziej że na N. nie spadła ani jedna bomba. Alarmy przeciwlotnicze włączają się z rzadka – gdy lecą rakiety i drony.
Na skraju osady jest szpital i kostnica, do której ma przyjechać sanitarka z ciałem.
Kierowcy z sanitarki bywają grymaśni, a na nocnym dyżurze w kostnicy jest jedna szczupła pielęgniarka. Dlatego Rusłan Walerianowicz i jego ludzie siedzą w domach w pogotowiu. Będą pomagać w rozładunku. Ciało jedzie z daleka, aż spod Odessy. Nad ranem ma być przebrane w nowiutki mundur i upiększone. Wdowa przyjedzie na rozpoznanie. Następnie do domu nieboszczyka w maleńkim chutorze pod zachodnią granicą. Stamtąd na cmentarz. Taki jest plan.
Iwan Walerianowicz Kipisz odpowiada z ramienia wojska za całość.