Róż bez pudru
Sanae Takaichi, pierwsza premierka Japonii. Władzę zdobyła w 100 dni. Lubi motory, heavy metal i Margaret Thatcher
Japońska premierka potrzebowała raptem stu dni, by zdobyć władzę, jakiej w Japonii nie miał nikt od drugiej wojny światowej. Choć nie tak to miało wyglądać. W październiku jej partyjni koledzy – bo dotąd to wyłącznie mężczyźni zajmowali się japońską polityką na najwyższych szczeblach – chcąc nie chcąc, zgodzili się, by kobieta przejęła stery Partii Liberalno-Demokratycznej, w istocie prawicowo-konserwatywnej. Wcześniej ubiegała się o to kilka razy, aż wreszcie została wybrana, by dźwignąć ugrupowanie pogrążające się w coraz głębszym kryzysie. LDP rządziła od 1955 r., z małymi przerwami. Teraz zapowiadało się na dłuższą pauzę. Po latach nieudolnego przywództwa bezbarwnych premierów i skandalach korupcyjnych partia traciła poparcie na rzecz bardziej radykalnych i wyrazistych odmian prawicy, aż straciła większość w parlamencie.
I tak jesienią Sanae Takaichi została pierwszą premierką w historii kraju. Stanęła na czele koalicyjnego rządu mniejszościowego, więc wydawało się, że jej pozycja polityczna będzie taka sobie. Splot kilku czynników niespodziewanie zapewnił jej sondażowe wzrosty. Jednym ze źródeł sukcesu Takaichi okazały się japońskie nastroje po wielkiej paradzie wojskowej, którą 3 września Xi Jinping, przywódca Chińskiej Republiki Ludowej, zorganizował w Pekinie. Na trybunę honorową wdrapali się wraz z nim Władimir Putin i Kim Dzong Un. Widok tej trójki oklaskującej maszerujących chińskich żołnierzy celebrujących wojenne pognębienie Japonii miał wzbudzić w Japończykach przekonanie, że pora przeciwstawić się osi zawiązanej przez wrogich autokratów z kontynentu.
Sygnał do zerwania z pielęgnowaną od 80 lat uległością dała Takaichi. W listopadzie oświadczyła w parlamencie, że Siły Samoobrony, czyli japońska armia, nie będą bezczynnie przyglądać się rozwojowi najgorszych scenariuszy wokół Tajwanu.