Steve Witkoff wraz z prezydenckim zięciem Jaredem Kushnerem w imieniu Stanów Zjednoczonych prowadził w zeszłym tygodniu rozmowy z przedstawicielami irańskiego reżimu m.in. w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Spotkanie „ostatniej szansy” ma się odbyć 26 lutego w Genewie, gdzie między stronami pośredniczą omańscy dyplomaci. A wszystko to w kontekście największej koncentracji sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie od inwazji na Irak w 2003 r. Trump zapowiedział, że daje Irańczykom 10–15 dni. W razie braku porozumienia amerykańskie plany przewidują prawdopodobnie ograniczony atak ostrzegawczy na irańskie instalacje wojskowe, a potem – gdyby i to nie pomogło – potężne uderzenie, które mogłoby mieć na celu obalenie reżimu.
Czy zatem same rozmowy nie są tylko zasłoną dymną dla uderzenia, do którego Amerykanie przygotowali się, ściągając już w okolicę Iranu dwa lotniskowce z obstawą i ponad 120 samolotów? Gdy ostatnim razem, w czerwcu 2025 r., Trump dawał Irańczykom 10 dni, po dwóch dniach uderzył na Iran wraz z Izraelem. Niemniej negocjacje trwają i dotyczą trzech tematów. Po pierwsze, irańskiego programu nuklearnego, który według Amerykanów powinien być zlikwidowany. Po drugie, ograniczenia irańskiego arsenału pocisków balistycznych. I po trzecie, wstrzymania wsparcia Teheranu dla irańskich sojuszników w regionie, przede wszystkim dla jemeńskich Huti i libańskiego Hezbollahu. O pociskach Irańczycy ponoć w ogóle nie chcą rozmawiać. Wsparcie dla sojuszników już znacząco ograniczyli z braku środków. Największym problemem jest program jądrowy, który Irańczycy traktują prestiżowo. Możliwy kompromis ma zakładać jego radykalne ograniczenie, oddanie za granicę (do Rosji?) wzbogaconego już uranu i utrzymanie minimalnego wzbogacania na potrzeby medyczne.