Xi Jinping bierze się za mniejszości narodowe. Chiński malowany parlament – przy 2756 głosach za, trzech przeciw i trzech wstrzymujących się – przyjął ustawę o wspieraniu jedności etnicznej. Zakłada wysiłki na rzecz wynarodowienia 55 oficjalnie uznawanych mniejszości. Ich unikalne tożsamości zostaną zastąpione tą uniwersalnie chińską, budowaną sztucznie przez partię komunistyczną wokół grupy Han, stanowiącej 91 proc. społeczeństwa. A także wokół mandaryńskiego, który w placówkach edukacyjnych, od przedszkola po szkoły średnie, zastąpi języki mniejszości i będzie miał pierwszeństwo m.in. w dokumentach i w korespondencji urzędowej.
Brutalnej asymilacji od dawna poddawani są Tybetańczycy i Ujgurzy. Od 2020 r. przepisy analogiczne do nowej ustawy wprowadzano w Mongolii Wewnętrznej. Trzy przedmioty – historia, polityka (czyli indoktrynacja w duchu marksizmu, maoizmu i myśli Xi) i główny język – są nauczane według ujednoliconych ogólnokrajowych podręczników. W ten sposób mongolski, ograniczony do jednego, nieobowiązkowego na maturze przedmiotu, ustąpił mandaryńskiemu jako językowi wykładowemu. I choć zmiany wdrażano stopniowo i niezbyt restrykcyjnie, to i tak doprowadziły do upadku mongolskiego szkolnictwa. Często sami nauczyciele przechodzili na chiński, by zwiększyć szanse egzaminacyjne swoich podopiecznych. Mongolski został też wyrugowany z przestrzeni publicznej, w tym ze znaków drogowych, szyldów i tablic.
Mongołowie próbowali się opierać. Bezprecedensowe protesty uczniów, rodziców i nauczycieli zostały oczywiście zduszone. Po kilku raptem latach skutek jest taki, że starsze pokolenia rozmawiają ze sobą po mongolsku, w języku coraz bardziej prywatnym i domowym, a do najmłodszych zwracają się już po mandaryńsku. Z drugiej strony narodził się ruch oddolnego oporu, stawiający na samokształcenie i dokumentowanie zanikającej spuścizny mongolskiego i związanej z nim kultury pasterskiej.