Merem Paryża został kandydat lewicowej koalicji Emmanuel Grégoire, jednak z niewielką większością. Siły skrajne zdobyły silniejsze pozycje na prowincji. Europejscy partnerzy Francji w wynikach tamtejszych wyborów samorządowych szukają prognoz na przyszły 2027 r., kiedy już w maju Francuzi wybiorą następcę prezydenta Emmanuela Macrona. Będzie to miało – jak w Polsce – ogromny wpływ na kierunek rozwoju i los Unii Europejskiej. Szklanka do połowy pełna czy pusta? Francja przechyla się ku skrajnościom – zarówno prawicowe Zgrupowanie Narodowe Marine Le Pen, jak i Francja Niepokorna lewaka Jeana-Luca Mélenchona zdobyły w terenie nowe przyczółki: nie tak wielkie, na jakie liczyły, twierdzą jednak, że mają szanse sięgnąć po prawdziwą władzę. Marine Le Pen liczy na to, że sąd apelacyjny – przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi – zmieni jej wyrok zakazujący pełnienia funkcji publicznych. Jeśli nie, poprze swego młodego delfina, 30-letniego Jordana Bardellę.
Umiarkowani komentatorzy z centrum ostrzegają zwłaszcza przed Mélenchonem, który nasila wypowiedzi antysemickie, zaognia każdą debatę, lansując absurdy ekonomiczne i podatkowe. Spod jego wpływów nie umie się wyzwolić niegdyś potężna Partia Socjalistyczna. Wielu jej działaczy, tłumacząc, że trzeba bezwzględnie zagrodzić drogę skrajnej prawicy, dopuszcza lokalne sojusze z Mélenchonem. Taka postawa to coś pomiędzy syndromem sztokholmskim a naiwnością Czerwonego Kapturka – kpią komentatorzy.
Za sukces sił proeuropejskich można uznać wyraźne zwycięstwo Édouarda Philippe’a, byłego premiera Francji w latach 2017–20, który – choć wybrany przez prezydenta Macrona – ostro go skrytykował i założył własną partię Horyzonty.