A więc rozejm. Co zyskał Trump, a co Iran. Plus smutny wniosek dla zachodniego świata
Strony nowej bliskowschodniej wojny znalazły się nad przepaścią, ale uniknęły kroku w otchłań. Na godzinę przed upływem ultimatum – zawierającego groźbę ataków na irańskie elektrownie, mosty i inną infrastrukturę – z USA nadeszły wieści o jego wstrzymaniu, z Iranu o zgodzie na warunki Donalda Trumpa, a z Pakistanu – o rozmowach pokojowych.
Świat odetchnął, ale jak po każdym pierwszym kroku w kierunku pokoju, główne strony wojny zastrzegają, że trzymają palec na spuście i są gotowe w każdej chwili znów użyć broni. Retoryka jest prawie tak samo agresywna i przesadna jak przed wstrzymaniem walk. Najważniejsze jednak, że Trump nie wydał rozkazu „zniszczenia cywilizacji”, którym groził Iranowi i którym zaszokował świat dzień wcześniej.
Przez wiele godzin nic nie wskazywało, że groźba ta miała podziałać na Iran. Teheran wzywał ludność do tworzenia żywych tarcz wokół potencjalnych celów amerykańskich bombardowań, a mieszkańcom terenów wokół instalacji nuklearnych rozdał tabletki jodu na wypadek radioaktywnego wycieku. Irańscy mułłowie grozili odwetem na niespotykaną skalę, a wiceprezydent USA – goszczący na Węgrzech – mówił o użyciu przez Trumpa broni, jakiej wcześniej nie zastosował. To podsyciło obawy, że może dojść do konfrontacji nuklearnej.
7 kwietnia 2026 r. może być opisywany jako jeden z tych momentów w historii ludzkości, kiedy było niebezpiecznie blisko katastrofy.
8 kwietnia obudziliśmy się z ulgą i perspektywą normalizacji. Przede wszystkim: nie będzie miażdżących i potencjalnie kryminalnych nalotów USA. Po drugie: