„Odblokujemy ją (cieśninę Ormuz – przyp. red.) tylko na rozkaz naszego przywódcy Imama Chameneiego, a nie z powodu tłitów jakiegoś idioty” – oświadczył w sobotę przedstawiciel irańskich Strażników Rewolucji. Była to odpowiedź na wpis prezydenta USA, w którym ogłosił odblokowanie Ormuzu.
Kilka godzin później otwarcie cieśniny potwierdził zresztą szef irańskiego MSZ, ale Strażnicy byli najwyraźniej innego zdania, co zamanifestowali ostrzelaniem dwóch statków w cieśninie. W niedzielę z kolei Amerykanie ostrzelali i zatrzymali irański statek wchodzący do Ormuzu. Cokolwiek deklarowały obie strony, gdy zamykaliśmy ten numer POLITYKI, jedna z najważniejszych cieśnin świata, łącząca Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim, była w praktyce zablokowana podwójnie: przez Iran i Stany Zjednoczone. Każda ze stron liczyła, że to wymusi ustępstwa na drugiej i zakończy konflikt rozpoczęty amerykańsko-izraelskim atakiem z 28 lutego.
W sprawie ustępstw między Amerykanami i Irańczykami miało dojść do drugiej tury rozmów w Islamabadzie – znów: w poniedziałek, już po zamknięciu tego numeru i dwie doby przed zakończeniem zawieszenia broni. Waszyngton informował, że do Pakistanu poleciał wiceprezydent J.D. Vance, ale Irańczycy zapowiadali, że od nich nikogo nie będzie, bo oczekiwania Amerykanów są nierealistyczne. Według stanu wiedzy z poniedziałku koncentrowały się na dwóch punktach: odblokowaniu Ormuzu i rezygnacji z programu nuklearnego na 20 lat.
W pierwszej sprawie panuje zupełny chaos informacyjny, związany z dezintegracją irańskiego systemu dowodzenia, w ramach którego spierają się ugodowcy (MSZ, szef parlamentu Mohammad Baker Kalibaf) i radykałowie (Strażnicy), którzy mają przewagę siły. W drugiej sprawie Irańczycy zaczęli od deklaracji, że mogą zamrozić program nuklearny na sześć lat, ale ponoć są w stanie się zgodzić i na 10 lat.