Reżim kombinuje
Poczobut wolny. Do odwilży daleko. Reżim Łukaszenki kombinuje, ale z rosyjskiej smyczy się nie zerwie
Przez 1860 dni hasło „Poczobut” blokowało szanse na jakiekolwiek nowe otwarcie w polskich stosunkach z reżimem uzurpatora z Mińska. Zresztą w czasie, gdy korespondent „Gazety Wyborczej” i działacz polskiej mniejszości przebywał w łagrach, doszło do ich dodatkowego załamania. Spuścizną ostatnich lat jest reżyserowany przez Łukaszenkę kryzys migracyjny, graniczny płot, tysiące pilnujących go żołnierzy i funkcjonariuszy oraz udział Białorusi w rosyjskim najeździe na Ukrainę. Ale Łukaszenka bez Poczobuta to już nieco inne równanie. Wymagające m.in. odpowiedzi na pytania o kwestie, na których dyktatorowi szczególnie zależy, w tym o dalsze utrzymywanie unijnych sankcji gospodarczych i ograniczeń w ruchu na polskich przejściach granicznych.
Nieformalni reprezentanci
Są co najmniej trzy objaśnienia, dlaczego Andrzej Poczobut został zwolniony właśnie teraz, po latach starań na rzecz jego uwolnienia. Tym razem sprzyjał moment. Łukaszenkę do wymiany miała zmusić Rosja, której pilnie zależało na osobach przetrzymywanych w Polsce i Rumunii. W tym na profesorze archeologii, któremu za prowadzenie nielegalnych wykopalisk na Krymie groziła ekstradycja do Ukrainy. Rosja upomniała się o Poczobuta, bo jego zwolnienia żądali Amerykanie, którym o losie dziennikarza regularnie przypominali działający ponad partyjnymi sporami Polacy.
Rosja nie odnotowała w związku z wymianą żadnych poważnych kosztów. Stratny był tylko Łukaszenka, jej lojalny wasal, który oddał swego być może najważniejszego zakładnika. Na pocieszenie został mu nastrój sugerujący podejrzane powiązania Poczobuta. Więzień sumienia przekroczył granicę w ramach wymiany z udziałem szpiegów. Mimo że został uwięziony i skazany w pokazowym procesie nie za pracę na rzecz obecnego wywiadu, ale za rzetelne wykonywanie zawodu dziennikarza.