Państwo dla bogaczy
Szwecja: państwo dla bogaczy. Świat jeszcze się nie zorientował, jak bardzo się zmieniło
„Szwedzcy miliarderzy cieszą się kosmicznymi przywilejami” – powiedział w głośnym wywiadzie dla szwedzkiego „Dagens Nyheter” prof. Gabriel Zucman. To gwiazda francuskiej ekonomii, autor książki o konieczności wprowadzenia w Europie podatku dla hiperbogaczy. Według niego przepaść pomiędzy bogaczami i przeciętnymi zjadaczami chleba w Szwecji należy do największych na świecie.
Tu pierwszy paradoks. Szwedzka klasa średnia po zsumowaniu wszystkich podatków i składek ubezpieczeniowych nadal przekazuje państwu nawet połowę swoich zarobków. Ale bogacze, którzy od 20 lat nie płacą już w Szwecji podatku majątkowego i których stać na dobrych doradców, płacą podatki wysokości kilkunastu procent. Bez żadnych przekrętów, takie jest prawo.
Dotyczy to również firm. W 2022 r. szwedzki oddział Mety, która zarządza Facebookiem, osiągnął przychody wysokości 4,4 mld koron i zapłacił z tego tytułu 45 tys. koron podatku, a więc mniej niż nieduży kiosk z gazetami i hot dogami, który znajdował się wówczas w tym samym sztokholmskim budynku, co biuro Mety. Jeśli chodzi o miliarderów, dobrym przykładem są deklaracje podatkowe Martina Lorentzona, posiadającego m.in. akcje w Spotify warte 50 mld koron (20 mld zł). W latach 2014–19 zadeklarował przychody wysokości 185 mln i zapłacił 24 mln podatku, a więc 13 proc.
Te liczby stają się symboliczne, jeśli uświadomimy sobie, że mija właśnie 50 lat, odkąd socjaldemokraci przegrali w Szwecji wybory (po 44 latach nieprzerwanych rządów), głównie z powodu surrealistycznych podatków. Z ich przyczyny z kraju wyjeżdżali wtedy najbogatsi, w tym Ingvar Kamprad, twórca Ikei, który zamieszkał w Szwajcarii.
W debatę na ten temat zaangażowała się wówczas sama Astrid Lindgren, która w 1975 r. dowiedziała się, że w roku następnym ma zapłacić fiskusowi 102 proc.