Jest taki film Abbasa Kiarostamiego „A życie trwa dalej” z 1991 r. Główny bohater, reżyser, wraz z synem jadą do Gilian nad Morzem Kaspijskim, gdzie doszło do trzęsienia ziemi. I tam, brnąc przez ruiny jednego z miasteczek, spotykają okaleczonego mężczyznę. Właśnie stracił prawie całą rodzinę, ma rany na twarzy i rękę w gipsie. A rzecz się dzieje w 1990 r., równolegle z mundialem we Włoszech. Nie zważając na nic, mężczyzna wytrwale uderza gipsem w antenę telewizyjną, bo zaraz zacznie się mecz Argentyna–Brazylia.
Później Kiarostami przyzna w jednym z wywiadów, że to jemu przydarzyła się ta historia. „Dla tego pokiereszowanego Irańczyka pośród gruzów liczyło się tylko to, że żyje. A potem piłka nożna”. Dziś Kiarostami takiego filmu już by nie nakręcił.
Czytaj też: Mundial rusza. Na piłkę może nie wystarczyć miejsca
Zakaz nocowania
Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, 16 czerwca w Los Angeles piłkarska reprezentacja Iranu rozegrała z Nową Zelandią pierwszy mecz na północnoamerykańskim mundialu. Zakwalifikowała się na turniej bez problemu – jeszcze gdy nie było wojny. Komplikacje zaczęły się później. Mimo protestów Irańczyków ich drużyna rozegra wszystkie trzy mecze w USA (drugi z Belgią, też w Los Angeles; trzeci z Egiptem w Seattle). Władze irańskiej federacji wybrały więc Tucson w Arizonie jako bazę. Ale po amerykańsko-izraelskiej agresji z 28 lutego Waszyngton wyprosił Irańczyków, którzy ostatecznie bazują w Meksyku.
Administracja Trumpa zwlekała z przyznaniem specjalnych wiz irańskiej reprezentacji niemal do samego turnieju – Iran jest na liście państw, których obywatele nie mają prawa wjazdu do USA.