Wylosować swój los
Systemy demokratyczne trzeba otwierać na obywateli. Ale takich zmian nie można wprowadzać na siłę
MATEUSZ MAZZINI: – Czym według pani jest demokracja?
HÉLÈNE LANDEMORE: – Cieszę się, że zaczął pan od tego pytania, bo mam wrażenie, że z racji moich zainteresowań naukowych powinnam znać na nie odpowiedź. Tymczasem za każdym razem, kiedy zastanawiam się nad definicją demokracji, dokonuję kolejnych odkryć.
Najprościej byłoby powiedzieć, że demokracja to ustrój, który oddaje władzę w ręce obywateli. Przy czym moim zdaniem powinno mieć to dwojaką naturę. Po pierwsze, ludzie powinni mieć wpływ na końcowe decyzje podejmowane względem ich życia. Po drugie – niezbędne jest, by obywatele mogli też kształtować proces, który prowadzi do podjęcia tych decyzji. Tymczasem we współczesnych demokracjach przyzwyczailiśmy się, że mamy ten drugi element bez tego pierwszego. Owszem, ludzie wybierają swoich przedstawicieli, ale grono, z którego wybierają, oraz zakres tematów, którymi politycy się potem zajmują, nie jest definiowany oddolnie, tylko przez elity partyjne.
W praktyce często mamy do czynienia z sytuacją, w której politycy mówią wyborcom, że wiedzą lepiej, czego ci drudzy chcą. Jednocześnie pozostają głusi na oddolne postulaty, nawet jeśli mają one ogromne poparcie społeczne. Mieszkam na co dzień w USA i dobrym przykładem z naszego lokalnego podwórka jest ograniczenie dostępu do broni palnej – mniej więcej 80 proc. Amerykanów popiera ten postulat, tymczasem żaden polityk z żadnej partii nie weźmie go na swój sztandar, bo ugodziłby w zbyt dużo interesów politycznych i korporacyjnych. W prawdziwej demokracji taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, bo obywatele muszą mieć wpływ na to, co jest dyskutowane przez polityków.
To się przecież da skorygować. Jak ktoś chce kształtować debatę, niech zapisze się do partii i to robi.