Każdy Japończyk zna zasady sumo

Wyjście smoka
Niesforny Asashoryu - wielki mistrz sumo i jeszcze większy kłopot.

Sumo, którego historia sięga VIII w. jest obwarowane skomplikowanym ceremoniałem, wywodzącym się z czasów feudalnej Japonii. Walka odbywa się w kole o średnicy 4,55 m i polega na wypchnięciu przeciwnika poza matę lub przewróceniu go za pomocą odpowiednich rzutów, pchnięć i uderzeń ciałem. Przed rozpoczęciem pojedynku zawodnicy rzucają przed siebie garść soli zmieszanej z piaskiem, aby oczyścić arenę i kołyszą się, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Robią to, aby pokonać złe moce. Sędzia (pochodzący z rodu specjalizującego się w tym fachu) występuje w stroju kapłana sinto. Pod areną złożone są ofiary dla bóstw, a nad nią wisi specjalny okap, który przypomina, że niegdyś zawody odbywały się w świątyniach. Sześć razy w roku, w nieparzystych miesiącach odbywają się turnieje cesarskie. Trzy spośród nich są rozgrywane w Tokio (styczeń, maj, wrzesień), natomiast pozostałe w Osace (marzec), Nagoi (lipiec) oraz w Fukuoce (listopad). Każdy turniej jest rozgrywany w ciągu 15 kolejnych dni, każdy z zawodników toczy 1 walkę dziennie (w sumie 15 walk). 

"Każdy Japończyk zna zasady sumo" - mówi mój japoński znajomy. Twierdzi też, że kiedy tylko rozpoczynają się zawody, jego rodacy śledzą je jak najlepszy serial. I chociaż wśród młodych Japończyków najpopularniejsza dzisiaj jest piłka nożna, tuż za nią baseball, a sumo plasuje się dużo niżej, to jednak o kłopotach wielkiego mistrza Asashoryu dyskutowali niemal wszyscy.

Asashoryu jest obecnie jednym z dwóch yokozunów, czyli wielkich mistrzów sumo. Naprawdę nazywa się Dolgorsuren Dagvadorj i pochodzi z Ułan Bator w Mongolii. Przydomek "Asashoryu", czyli "Niebieski smok poranka", przybrał w 2003 r., kiedy osiągnął tytuł yokozuny. Jego przyjazd do Japonii wywrócił do góry nogami ranking najlepszych sumitów. Asashoryu, chociaż ma dopiero 26 lat, pobił niemal wszystkie rekordy. Z roku na rok był coraz lepszy, ale i coraz bardziej niesforny. Mistrz i bohater kolejnych skandali ciągnął podczas walki przeciwnika za włosy, co w sumo jest surowo zabronione, zranił innego i pokłócił się z sędziami, kiedy ci ogłosili niekorzystny dla niego werdykt. Nosił też publicznie garnitur, a nie - tak jak inni sumici - specjalne kimono. W zakłopotanie wprawili Japończyków także jego krewni, którzy przybyli do Japonii na ślub Asashoryu z ukochaną z dzieciństwa. Ale zamiast wrócić po ceremonii do ojczyzny, zostali nielegalnie dłużej i bez żadnych pozwoleń otworzyli fabrykę ubrań. Kiedy wszystko się wydało, chcieli uciec przed policją. Złapano ich jednak i deportowano do Mongolii.

„Niebieskiemu smokowi poranka" kolejne wybryki uchodziły jednak płazem, ponieważ zachwycał stylem walki i miał doskonałe wyniki. Jednak na początku tegorocznych wakacji miarka się przebrała. Asashoryu poprosił o wycofanie go z regionalnego turnieju sumo, tłumacząc się kontuzją grzbietu. Japoński Związek Sumo (JSA) zwolnił go z tego obowiązku. Zapaśnik wyjechał wówczas do ojczyzny, aby tam wziąć udział w charytatywnym meczu piłki nożnej. Zdobył nawet bramkę dla Mongolii. Pech chciał, że kamery telewizyjne uchwyciły, jak w najlepsze biega za piłką. "Robi sobie kpiny z japońskiej kultury. Jeśli czuł się wystarczająco dobrze, by grać w futbol, to był zdolny wdrapać się co najmniej sto razy na matę sumo" - grzmiała członek Komisji Dyscyplinarnej JSA Masako Uchidate. Zabroniono więc Asashoryu udziału w dwóch z rzędu (lipcowym i wrześniowym) turniejach cesarskich i obcięto uposażenie. Cała sprawa była o tyle niezwykła, że po raz pierwszy w historii sumo zawieszono wielkiego mistrza!

Mongoł wpadł w depresję. Nie chciał z nikim rozmawiać ani wychodzić z w domu. Pod koniec sierpnia zwołano radę lekarzy, która orzekła, że zapaśnik powinien wrócić do ojczyzny, co zapewne pozwoli mu szybciej odzyskać równowagę psychiczną. Dziś Asashoryu relaksuje się w ośrodku spa niedaleko Ułan Bator, a muzykoterapia i masaże mają przywrócić mu formę.

Jego historia uświadomiła Japończykom, że związek sumo może w przyszłości stawać przed podobnymi problemami, ponieważ młodzież zna tę dyscyplinę i chętnie ogląda zawody, ale ćwiczyć nie chce. Młodych adeptów odstraszają od sumo żmudna praca i feudalne stosunki pomiędzy mistrzami a uczniami. Zapaśnicy muszą całkowicie poświęcić się sportowi, a nagrody dla nisko uplasowanych zawodników są bardzo niskie. „Młodzi wolą raczej zarabiać pieniądze bez pracy, zysk bez bólu. A sumo oznacza wiele bólu i wysiłku" - mówił dla serwisu BBC Jack Sakazaki, specjalista zajmujący się marketingiem w sporcie.

Skoro więc nie ma młodych zawodników w kraju, w dojo (miejscu, gdzie toczą się walki) pojawiają się zapaśnicy z zagranicy. Wraz z nimi przychodzą zmiany. Dla nich sumo jest często po prostu sportem, a nie tradycją i stylem życia. Asashoryu wychował się na stepie, pasał owce, jeździł konno i uprawiał zapasy - najpopularniejszy sport w Mongolii. Kiedy jednak mając 16 lat zaczął ważyć ponad 120 kg, rodzina znalazła sponsorów i wysłała go do Japonii, żeby szkolił się w sumo. Nie było w tym głębszej filozofii czy umiłowania japońskiej tradycji, ot po prostu sposób na zarobienie pieniędzy. Asashoryu, w przeciwieństwie do wielu innych zawodników, nie przyjął nawet japońskiego obywatelstwa. A pytany o plany na przyszłość jeszcze niedawno odpowiadał, że jego marzeniem jest zdobyć dla Mongolii pierwszy złoty medal olimpijski. Ponieważ sumo nie figuruje w programie igrzysk, zastanawia się nad startem w judo lub zapasach.

Poza tym, jak twierdzi mój japoński znajomy: "Futbol to dyscyplina otwarta na świat. Grając w piłkę masz możliwość międzynarodowej kariery, w sumo takiej szansy nie ma." Czy zatem tradycyjne sumo przejdzie do historii, a walki w dojo z towarzyszącym im ceremoniałem staną się tylko turystyczną atrakcją? Optymiści twierdzą, że nie trzeba przesadzać, bo sumo zmienia się podobnie jak i inne dyscypliny sportowe i jest to nieunikniony proces. Modernizacja zjedna dyscyplinie młodych ludzi - zarówno w Japonii, jak i poza nią. Zapaśnicy z innych krajów przyciągają również międzynarodową publiczność, fanów spoza Japonii, czyli coś, czego ten sport bardzo potrzebuje.

W tym świetle również sprawa Asashoryu staje się swego rodzaju testem. Jeśli związek sumo zgodzi się na powrót zapaśnika i dopuści go do najbliższego turnieju (który ma się odbyć pod koniec listopada w Fukuoce), tym samym da zły przykład innym młodym zawodnikom. Pokaże, że sumita może być bezkarny. Wiele osób nie wierzy w chorobę Asashoryu. Ośrodek Spa, w którym obecnie przebywa jest własnością jego krewnych, a jego pobyt w Mongolii zbiegł się w czasie z promocją tej placówki. Przypadek? Związek sumo może też, i ku takiemu rozwiązaniu zdaje się skłaniać, namawiać Mongoła na powrót do Japonii i wzięcie udziału w listopadowej imprezie. Mój japoński znajomy idzie nawet o krok dalej, uważa, że na początek trzeba ustalić, czy sam Asashoryu chciałby wrócić do Kraju Kwitnącej Wiśni i do walk, a jeśli tak, to oczywiście pozwolić mu na to. "Przecież nie tylko zawodnicy sumo popełniają błędy, inni sportowcy też nie są święci, a zazwyczaj mogą wrócić do zawodu" - dodaje.
 



 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną