Miał stanowić wytchnienie po 14 latach nieustannych politycznych dramatów rządów konserwatywnych, ale nie przezwyciężył ponurej atmosfery w kraju związanej z inflacją, katastrofalnym stanem usług publicznych, a teraz – wojną w Iranie. Zresztą kraj miał czterech premierów w ciągu ostatnich czterech lat: Borisa Johnsona, Liz Truss, Rishiego Sunaka i – od lipca 2024 r. – Starmera. Znany historyk rządów Anthony Seldon zwrócił uwagę, że żadna organizacja, żaden rząd ani państwo nie są w stanie dobrze funkcjonować przy takiej rotacji na szczycie.
Kolejnym premierem – wcześniej musi stanąć na czele partii – zostanie najpewniej 56-letni Andy Burnham, który zdominował scenę medialną, gdy z łatwością wygrał wybory uzupełniające do Izby Gmin (zasiadanie w niej jest warunkiem wejścia do rządu). Przez ostatnie dziewięć lat był burmistrzem Wielkiego Manchesteru, postrzeganym jako rzecznik zbiedniałej północnej Anglii, przeciwnik centralizacji władzy w Londynie i obrońca usług publicznych. Jego kariera wiąże się z dylematami wokół postawy lewicy, słabnącej także w innych krajach europejskich: czy ma reprezentować tradycyjną klasę robotniczą, czy szeroką koalicję klasy średniej i mieszkańców wielkich miast.
Dwa wydarzenia zbudowały reputację Burnhama. Po pierwsze, wieloletnia walka o prawdę w sprawie katastrofy na stadionie Hillsborough, w której zginęło 97 kibiców Liverpoolu podczas półfinału Pucharu Anglii w 1989 r. Rodziny ofiar, wspierane przez Burnhama, prowadziły wieloletnią kampanię na rzecz rzetelnego zbadania sprawy, choć temat nie był modny ani politycznie opłacalny. Po drugie, ostry sprzeciw wobec Londynu, kiedy premier Johnson narzucał ograniczenia dla Manchesteru w pandemii, a nie wsparł miasta finansowo. Mieszkańcy północnej Anglii docenili, że ktoś wreszcie powiedział: „Nie będziecie traktować nas jak prowincji”.