Prymus z Manchesteru
Nie tak miało być. Na 10 Downing Street zmierza teraz Burnham. Czy naprawi Wyspy jak Manchester?
Premier Keir Starmer stanął przed drzwiami budynku przy 10 Downing Street i w emocjonalnym wystąpieniu poinformował o swojej rezygnacji. Dłużej na stanowisku utrzymywać się nie mógł. Każdy kolejny dzień w roli szefa rządu był ignorowaniem rzeczywistości. 22 czerwca, czyli niecałe dwa lata po spektakularnym triumfie Partii Pracy w wyborach parlamentarnych, ten były prokurator zajmujący się prawami człowieka, ostrożny technokrata bez instynktu, polotu i wizji, złożył broń.
Dla wielu i tak było to o kilka miesięcy za późno. A na pewno dla Andy’ego Burnhama, do niedawna burmistrza aglomeracji Manchesteru, dziś niemal pewnego kandydata do zastąpienia Starmera. Z punktu widzenia Partii Pracy 56-letni Burnham może być ostatnią nadzieją na to, aby uratować ugrupowanie przed zapowiadaną klęską w kolejnych wyborach parlamentarnych. Te nie odbędą się szybko, bo prawdopodobnie dopiero za trzy lata, ale kryzys laburzystów jest tak głęboki, że i to może nie wystarczyć.
Na lewicy Burnham wciąż jednak uchodzi za cudotwórcę. W Manchesterze był szalenie popularny, w lokalnych wyborach potrafił zdobywać dwie trzecie głosów, choć to teren elektoralnie trudny, zwłaszcza teraz i zwłaszcza dla lewicy. Dawna potęga przemysłowa, dziś pozbawiona wielu miejsc pracy i własnej tożsamości, często niechętna imigrantom, bardziej przeciwna członkostwu w Unii Europejskiej niż je popierająca. Skrajnie prawicowa Reform UK Nigela Farage’a szybko zdobyła w tym regionie stabilne przyczółki. Nie przypadkiem to brzmi jak opowieść o współczesnej Wielkiej Brytanii. Dlatego laburzyści liczą, że Andy „Ostatnia Szansa” Burnham uleczy cały kraj – i Partię Pracy. Tak jak uleczył Manchester.
Czytaj też: