Po zwycięstwach wyborczych w Chile i Boliwii w 2025 r. teraz zdobyła władzę w Kolumbii i Peru, choć w obu krajach minimalną przewagą, mniejszą niż jeden punkt procentowy. Abelardo de la Espriella, nowy przywódca Kolumbii, prawnik i biznesmen, objawił się jako zlepek pomysłów dotychczasowych liderów faszyzującej fali. Od Javiera Mileia z Argentyny zapożyczył symbol drapieżnego kota – Milei widzi siebie jako lwa, de la Espriella wybrał tygrysa. Tak jak Milei zamierza ciąć wydatki i zwalniać urzędników – mowa o likwidacji 700 tys. państwowych etatów. Od Nayiba Bukelego, zamordysty z Salwadoru, Kolumbijczyk przejął hasła twardej ręki wobec przestępców – obiecał budowę megawięzień. Zapowiedział też kryminalizowanie protestów społecznych – odrzucenie puszki z gazem w stronę policji może skutkować strzałami do demonstrantów.
Kwestie bezpieczeństwa to serce dyskursu skrajnej prawicy. W Kolumbii idea „pokoju totalnego”, i z rebeliantami, i z kartelami, lansowana przez ustępującego Gustava Petro (pierwszego w historii kraju lewicowca u władzy), nie spełniła się. Grupy zbrojne nie bardzo chcą się rozbroić, m.in. dlatego że w Kolumbii rebeliantom się nie wybacza. Gdy w 2016 r. prezydent Juan Manuel Santos wynegocjował pokój z partyzantką FARC i dostał za to pokojowego Nobla, 52 proc. jego rodaków odrzuciło w referendum układ kończący półwieczną wojnę domową. Dlaczego? Bo pakt był – według nich – zbyt łaskawy dla buntowników.
Od Donalda Trumpa de la Espriella ściągnął wizerunek miliardera, który ma zarządzać państwem jak koncernem, a także pogardę dla ONZ („polityczny zarząd lewicy”). Zapowiedział likwidację ambasady przy tej organizacji. Z kolei Jair Bolsonaro z Brazylii (nieudany puczysta odsiadujący wyrok) zainspirował go zawłaszczeniem koszulek piłkarskiej reprezentacji jako symbolu swojego ruchu politycznego.