Dotarły do fazy pucharowej, gdzie prawie ograły Argentynę, a bramkarz Vozinha stał się ludowym bohaterem i z dnia na dzień zyskał na Instagramie 27 mln obserwujących. Czy ta nagła globalna popularność przełoży się na coś więcej? Wcześniej już bywało, że mundialowe odkrycia Chorwacji (2018 r.) i Maroka (2022 r.) przynosiły im turystyczny boom. Wyspy, których nawet nie ma na wielu mapach, żywią podobne nadzieje. Liczba wyszukiwań ofert wakacyjnych w internecie wzrosła już 50-krotnie, nadspodziewanie wielu chętnych było np. z Japonii i Korei Południowej – i rzecz jasna ze Stanów Zjednoczonych.
Położony u zachodnich wybrzeży Afryki archipelag odwiedziło w 2025 r. 1,25 mln turystów, ponad dwóch na mieszkańca. Teraz zaczyna się mówić o szybkim sforsowaniu progu 2 mln. Warunki są: łagodny klimat (lepszy niż na Kanarach), sezon przez cały rok, niezła infrastruktura, w którą chętni powinni chcieć zainwestować. Dziś oferta sprowadza się do dwóch z dziesięciu wysp, które widnieją na narodowej fladze – Sal i Boa Vista, a przybysze pochodzą głównie z pięciu europejskich krajów, na czele z Brytyjczykami, Francuzami i Niemcami oraz Portugalczykami, bo to do 1975 r. była ich kolonia. Głównie zimą na all inclusive na Sal przybywają też Polacy (osiem godzin lotu). Szlaki są przetarte.
Atutem Wysp Zielonego Przylądka jest przyjazność i gościnność, nazywana tutaj marabezą, niespieszne wyspiarskie tempo życia przyprawionego melancholią (patrz: Cesária Évora). Kraj należy do pierwszej trójki najbardziej demokratycznych państw Afryki i do trzech pierwszych, gdzie całkowicie wytępiono malarię, miejscowa waluta (escudo) jest powiązana z euro, nie występują tendencje separatystyczne, brak podłoża dla terroryzmu, można się tu czuć stosunkowo bezpiecznie, choć szybko rośnie drobna przestępczość i zdarzają się problemy z narkotykami.