Co się dzieje, kiedy – tak jak w Chinach – na 119 mężczyzn w wieku małżeńskim przypada tylko 100 kobiet? To spadek po polityce jednego dziecka (1980–2015); kiedy Chiny zbliżały się do miliarda mieszkańców, zezwolono rodzinom tylko na jednego potomka. Zdecydowanie wolały męskiego, stąd opisane demograficzne konsekwencje i klasyczna dziś gospodarka niedoboru.
Rodzice robią wszystko, żeby ożenić swoich jedynaków, bo wymagania rosną: co najmniej mieszkanie, samochód, dobry adres i zawód oraz często caili, tradycyjna opłata za pannę młodą rzędu 100 tys. juanów (ponad 50 tys. zł). Powstał stosowny rynek usług: swatek, agencji, trenerów randkowych, prezentacji w internecie. Istnieje szara strefa, np. od dwóch lat modne były aranżowane błyskawiczne małżeństwa, nawet po trzech randkach, z cenami od 300 tys. juanów. Często okazywały się oszustwem, co wywoływało krytykę, więc władze zabrały się za ten proceder. Jest czarny rynek szmuglowanych kandydatek z zagranicy (z Wietnamu, Mjanmy, Laosu, a nawet uciekinierek z Korei Północnej), co jakiś czas wybucha kolejna afera.
Generalnie idzie opornie, bo zmienił się typ panny młodej, też jedynaczki jak kandydaci. Młode kobiety są lepiej wykształcone, ambitne i pewne swego, a zawyżone oczekiwania czerpią z minidramatów, chińskich romantycznych seriali. „One chcą księcia, oni potulnej gospodyni domowej” – jak to charakteryzuje jedna z bohaterek.
Popularność małżeństw maleje: w pierwszym kwartale tego roku zawarto ich zaledwie 1,7 mln (połowę tego, co dziesięć lat temu), a zniechęca dodatkowo niekorzystna dla kobiet polityka rozwodowa, co nagle stało się istotne. Średnia dzietność w Chinach spadła poniżej jednego; od czterech lat maleje liczba ludności, społeczeństwo szybko się starzeje i w perspektywie czeka katastrofa.