Centrum strachu
Żarłoczne centra danych i strachu. Karmią AI, wysysają prąd i wodę. „To była taka spokojna okolica”
„To była taka spokojna okolica” – smuci się podczas rozmowy z BBC Amanda Young, mieszkanka walijskiego Newport. „Nawet nie można usiąść na zewnątrz” – mówią reporterowi „New York Timesa” Kelley i Michael Ivy, właściciele burgerowni z Hillsboro w Teksasie. „Powiedzieli, że to będzie zwykły magazyn” – żalą się „Kathmandu Post” mieszkańcy Patanu, miasta spod nepalskiej stolicy. Amandzie Young widok z okien zasłania wysoka ściana, blaszana szarość wyrosła tuż za płotem. Kelley i Michael Ivy próbują obsługiwać gości w tumanach kurzu wzbijanego przez ciężarówki zapatrujące pobliską budowę. Patańczyków też pokrywa kurz, bo u nich również się buduje. Dodatkowym powodem ich zmartwień jest to, że centrum danych już działa i generuje hałas, dodatkowe ciepło oraz – kto wie? – może nawet jakieś promieniowanie.
Wznoszone na wszystkich zamieszkanych kontynentach centra danych są najbardziej widocznym znakiem wirtualnej rewolucji technologicznej. Z zewnątrz wyglądają niepozornie, przypominają rozległe magazyny firm logistycznych lub ascetyczne fabryczne hale. W środku stoją rzędy półek z komputerami. Ich zadaniem jest podtrzymywanie internetu przy życiu. To dzięki nim oglądamy seriale, sprawdzamy stan kont bankowych i romansujemy ze sztuczną inteligencją. Są jak respiratory, które tłoczą cyfrowy tlen w płuca globalnej gospodarki. A nie ma już chyba branży, która nie byłaby podłączona do usług sieciowych dostarczanych przez tzw. big techy, zwłaszcza te z kalifornijskiej Doliny Krzemowej. Firma doradcza PwC prognozuje, że do połowy wieku na ich budowę, utrzymanie i okresową wymianę sprzętu pójdzie jakieś 31,6 bln dol. I to jeszcze nie jest pełna cena postępu.
Czytaj też: