W całej Francji manifestowało w sobotę 550 tys. osób. Do demonstrantów, głównie licealistów – domagających się poprawy warunków nauki i życia w ogóle – dołączają inne grupy niezadowolonych, w tym nawet żółte kamizelki, który urosły w siłę jesienią 2018 r., protestując przeciw cenom paliw. A na obrzeżach spokojnych manifestacji atakowały zakamuflowane bojówki, rozbijając witryny sklepów, przewracając zaparkowane samochody i podpalając, co się da. Bilans: sytuacja, która w wielu miejscach wymknęła się spod kontroli, tysiące aktów miejskiego wandalizmu – symbolem tego barbarzyństwa stało się spalenie ratusza w Limoges, 1,5 tys. splądrowanych sklepów, 2 tys. zatrzymanych osób, 200 rannych policjantów. Prezydent Emmanuel Macron w wystąpieniu telewizyjnym powiedział pod adresem sprawców zniszczeń: „Co oni mają w głowie? Jak Francuzi mogą czynić to własnemu krajowi?”. Zapowiedział jeszcze większą stanowczość wobec wandali.
Sytuacja jest bardzo poważna, gdyż przemoc jest również rezultatem obecnego systemu politycznego zdominowanego przez dwie skrajne partie: Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen i Francji Niepokornej Jeana-Luca Mélenchona. Pierwsza sprzyja brutalnemu tłumieniu wystąpień, druga je podsyca. Jednak żadna z nich nie ma pomysłu na to, skąd zdobyć ogromne fundusze na remonty szkół i rozgęszczenie klas. Nie mówiąc już o pozyskiwaniu tańszego paliwa do samochodów.
Ekonomiści alarmują w sprawie narastającego zadłużenia Francji, w której za pół roku odbędą się wybory prezydenckie. Kryzys polityczny i atmosfera powszechnego buntu – czy wręcz powstania – zatrują zapowiedzianą jeszcze w tym miesiącu debatę budżetową. Wydaje się, że oba skrajne ugrupowania, prąc do zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach, kierują się zasadą: „Najpierw rozwalmy dzisiejszą władzę prezydenta Macrona, a potem się zobaczy”.