Zostać w Kanadzie czy iść na swoje? Przed takim wyborem stanęli obywatele Alberty, najbogatszej kanadyjskiej prowincji. W poniedziałek 19 października wzięli udział w referendum, które mogłoby zapalić zielone światło do przeprowadzenia kolejnego, już wiążącego referendum niepodległościowego oraz do hipotetycznego wykrojenia państwa z niespełna 5 mln mieszkańców, o powierzchni ponad dwóch Polsk i bez dostępu do morza. Choć wyniki spłynęły po zamknięciu tego numeru „Polityki”, to sondaże wskazywały, że ok. 70 proc. uprawnionych opowiadało się za pozostaniem w dotychczasowych granicach.
Alberta od zawsze pielęgnuje poczucie krzywdy. Jako miejscowy odpowiednik Teksasu, stojący ropą, rolnictwem i konserwatywnymi wartościami, jest przekonana, że stołeczna Ottawa ją okrada, a dochody odbiera wydumanymi podatkami i coraz bardziej skrupulatnymi przepisami środowiskowymi. Na takim podglebiu łatwo kiełkują separatystyczne namiętności. Latami trwały w głębokim ukryciu, jednak ostatnio – na tej samej fali, na której rośnie globalny populizm – zostały rozruszane. Ich objawem była petycja upominająca się o referendum. Nie zgodził się na nie miejscowy sąd. Uznał, że ewentualne nowe granice międzynarodowe uderzą w prawa rdzennych mieszkańców.
I tu pojawiła się premierka Alberty, która pytanie o uruchomienie procesu rozwodowego dopisała do dziewięciu punktów referendum zaplanowanego już wcześniej, dotyczącego głównie spraw imigracyjnych. Przed wejściem do polityki 55-letnia Danielle Smith robiła karierę skrajnie konserwatywnej i antyszczepionkowej dziennikarki. Próbując obłaskawić zwolenników separatyzmu, stanęła w niewygodnej dla siebie pozycji po obu stronach barykady, gdyż sama opowiada się za utrzymaniem kanadyjskiego kursu.
Na rzecz secesji angażował się Elon Musk, najbogatszy człowiek świata, mający oprócz obywatelstwa południowoafrykańskiego i amerykańskiego także kanadyjski paszport.