Portrety: wśród Tamilów

Johnny i jego ludzie
Luc nosi wyprasowaną koszulę, czapkę z daszkiem i kamizelkę w kolorze khaki z licznymi kieszeniami - wszystko prosto ze sklepu dla podróżników. Obleciał już prawie cały świat w ramach wycieczek tematycznych.

 

Dzisiaj ławki i huśtawka na konarze figowca są puste. Może przyjdzie ktoś pod wieczór. W kuchni powoli kapie serwatka z twarogu zawiniętego w płócienny worek. Na blacie leży wymięta i poplamiona kolumbryna o cywilizacjach, którą do obiadu czyta młody Marc. Z jego porzuconego w trawie talerza łasica wyjada resztki kaszy.

U Johnnego człowiek zawsze spotyka nowe twarze. W niedzielę schodzi się tu z pół tuzina osób - i nikt, kto uczyłby się z tego samego elementarza. Dzięki czemu rozmowy wreszcie stają się interesujące. Dlaczego Ala ma kota? Kim w ogóle jest Ala? I czemu to kot nie ma Ali? Jednak spotkać sąsiada jest jakoś niezręcznie. Kaczyńscy, Günter Grass... Nie, nie, zdecydowanie za dużo o sobie wiemy! Luc i ja milczymy więc i czekamy na Johnnego.

Kiedyś cztery figowce, pod którymi siedzimy, były jedyną oazą cienia na pustyni sięgającej aż do oceanu. Kobiety z wioski rybackiej biegały przez rozgrzany piasek z koszami pełnymi ryb na głowach i padały wycieńczone w ich cieniu. Z gałęzi wyrastają im pędy, które zapuszczają korzenie i stają się nowymi pniami. Johnny wywiercił pod nimi pierwszą studnię i stąd rozpoczął sadzenie nowego lasu, który miał być taki jak puszcza porastająca zerodowaną równinę przed czasami kolonialnymi. Udało się tylko mniej więcej, bo osadnicy mieli wtedy niewielkie pojęcie o sztuce zalesiania. Chodziło zresztą, tak naprawdę, o ekspresowe wyhodowanie jak największej ilości cienia.

Teraz nowe drzewa filtrują żar z nieba, ale czy tak wyglądała tamta puszcza? Czasem wydaje mi się, że to zdziczały park, a nie tropiki. Nie dzikie chaszcze pełne jednodniowego robactwa tylko utracony raj Rousseau.

Medytacje dla neurotyków

- Medytacje... Ma się od nich tylko ból tyłka - mówi Luc z irytacją. Sam siedzi kołkiem w aśramie kilkadziesiąt kilometrów stąd, ale jego zapał ma swoje granice. - Muszę się stamtąd wyrwać co jakiś czas - wzdycha - Za dużo zachodnich neurotyków.

Oboje prawie zrywamy się na nogi, kiedy zjawia się Elumalay, wyjątkowo rosły Tamil, najbliższy pomocnik Johnnego. Elumalay zna się na wszystkim, od uprawy prosa po właściwości bambusa. Ma żonę, ale nie chciała się tu przeprowadzić, więc musi czasem jechać do wsi, żeby pokazać się rodzinie. Johnny mówi o nim „moja tamilska wersja". Ale gdzie jest Johnny...?

Johnny nosi lungi i turban jak wszyscy tamilscy mężczyźni, więc czasem można go przeoczyć. Różni go od nich tylko wzrost, siwa broda i niebieskie oczy. Od innych siedemdziesięciolatków różni go z kolei witalność dwudziestolatka. Przypłynął tu z Sydney prawie czterdzieści lat temu, żeby odnaleźć żonę, która uciekła ponieważ, jak sam przyznaje, mało zarabiał i generalnie był mężem raczej do bani. Raczej, bo chyba zostało mu to wybaczone... To były lata sześćdziesiąte i architekci także zapuszczali włosy, dorabiając jako taksówkarze. I zamiast wrócić do Australii został w Indiach na zawsze. Wychował tuzin dzieci - własnych i sąsiadów - i zasadził setki drzew. Buduje domy, projektuje place zabaw, próbuje przechytrzyć pawie, które niszczą próbną plantację dyni. Występuje w słuchowisku radiowym. Prowadzi teatr dla dzieci.

Wszystkie matki w okolicy są zainteresowane umiejscowieniem potomstwa w teatrze Johnnego. "Mój mały to taki klaun! Jest stworzony do występów scenicznych...". "Mój Thomas bardzo bardzo chce zagrać główną rolę...! To prorozwojowe". Matki to chyba najliczniejsza grupa fanów Johnnego.

Satja po raz pierwszy usłyszała o nim w Australii. Namówiła męża, żeby puścił ją do Indii na rekonesans. Zatrzymała się w wygodnym domku wypoczynkowym, ale zaraz wsadziła dzieci na motor, przywiązała je chustą do bagażnika i przytransportowała do Bujnego Lasu. Dzieci poszły za Johnnym jak koty za kłębkiem, a ona wykorzystała czas na inspekcję. Wdrapała się do domku na palach krytego palmowymi liśćmi. Kiedy otworzyła drzwi w powietrze wzbiły się nietoperze. Nogą rozsunęła warstwę szczurzych odchodów pokrywających podłogę. , oceniła i ostrożnie zeszła z drabinki, otrzepując ręce. Jestem pewna, że i tak potem przywoziła je tu co niedzielę.

Ciasteczka dla wszystkich

Jaglane ciastka Johnnego to nie są takie sobie zwykłe ciastka. Recepturę znają już tylko najstarsi Tamilowie. Johnny poznał ją od Elumalaya i przechowuje przepis dla przyszłych pokoleń, bo młoda generacja rozsmakowała się w pizzie i hamburgerach. Pewnego dnia przypomną jednak sobie co stracili, i wtedy wkład Johnnego w kulturę tamilską zostanie doceniony. 

- Johnny! - Biegnę za nim. - Mogę pomóc...? - Johnny niesie wielki garnek, w którym rośnie ciasto. Z zaczynu co tydzień dorabia w nim nową porcję.

- Sekret polega na tym, żeby ciastka były wypieczone, ale nie za bardzo - instruuje, wręczając mi gar. - Ogień musi być nie za duży, i nie za mały. - Wrzuca kilka szczap do glinianego pieca i zostawia mnie samą.

Kant a problem irygacyjny

Luc nie chce już siedzieć na pustej ławce pod figowcem. Jest szefem kuchni uczonym w filozofii, mianuje się więc na stanowisko inspektora jakości i wykładowcy jednocześnie. 

- Kiedy studiujesz Kanta, Hegla, czy jakiegokolwiek innego zachodniego filozofa, uczysz się o systemie Kanta, Hegla i systemach innych filozofów. Ale kończysz bez żadnego narzędzia zrozumienia świata.

Przytakuję, ugniatając ciasto. Do wałkowania używam wałka, a do wycinania krążków słoika. Krążki układam w rzędach na blasze. Pilnuję też, żeby ciastkom nie było w piecu za gorąco.

- Wedanta zasadniczo pomaga mi się odprężyć. Nie oczekuje od ciebie, że będziesz się doskonalił, próbował stać się czymś lepszym niż w rzeczywistości jesteś. Jesteś, jaki jesteś.

- Słusznie... - ocieram pot, zostawiając na czole czarną smugę sadzy. Luc na chwilę przerywa wykład. Może rozważa, czy powinien powiedzieć mi o sadzy? Ale co będzie jeśli jego myśli się rozproszą, zabłądzą i nie znajdą drogi powrotnej do wątku głównego? Podsuwam mu kolejną blachę pełną świeżo wypieczonych ciastek.

- Puknij - proszę. Luc szturcha ciastka łopatką. - Biorę - oznajmia.

Zdejmuję ciastka z blachy i układam je w blaszanym pudełku. Mają wystarczyć do następnej niedzieli. Przy ilości ludzi, która przewija się przez osadę Johnnego wydaje się to niewiele...

- Oczekuje się od ciebie wyzwolenia z ignorancji i dostrzeżenia prawdziwego siebie... Dziękuję. - Luc częstuje się resztkami z blachy. - Bo żyjemy niepomni swojej prawdziwej natury. - twierdzi, oblizując palce. Pudełko jest już prawie pełne. Wszystkie ciastka są sprawdzone, wadliwe sztuki wyjedzone.

- Ja ostatnio także zachowuję się jak neurotyk. - wyznaję w duchu solidarności. - Śpię w biurze. Mój najlepszy przyjaciel to skuter...Jedyna filozofia, którą jako tako rozumiem to hedonizm.

W Indiach naprawdę można wpaść w sidła duchowości, stwierdzamy zgodnie. Ponieważ rzeczy zazwyczaj nie działają, człowiek oducza się narzekania. Nikt i tak go nie słucha. Nie ma instancji, do której można złożyć zażalenie. Wystarczy popatrzeć na stosy papierów w urzędach. Trzeba by być przynajmniej protegowanym konsula, żeby taki papier powędrował prosto pod pieczątkę, a nie żółkł, pleśniał i tracił atrament na jakiejś wilgotnej podłodze. Najlepiej wychodzi się na tym, że nie ma się żadnych oczekiwań. Opanowuje cię przyjemny spokój ducha. Iluzje walą się w gruz... Poglądy topnieją w ukropie...

Ale od czasu do czasu coś się udaje!

- Gotowe? - Johnny zagląda pod wiatę w drodze do kuchni pod figowcami. Luc salutuje łopatką.

 

Na ławce czeka Kriszna, który ma z Johnnym do omówienia problem irygacyjny. Kriszna, jak my wszyscy, jest jego wielbicielem. Mnie Johnny uratował od śmierci, kiedy pewnej bezksiężycowej nocy w środku lasu latarka spadła mi na ziemię i zgasła. Gdyby nie on i jego ludzie pewnie umarłabym ze strachu. Kirszna to jednak ktoś więcej niż tylko fan. To również jego uczeń. Założył własną osadę, na której uprawia ziemię metodami nieinwazyjnymi, to znaczy nawet jej nie bronuje. Zainspirowała go do tego książka „Rewolucja jednego źdźbła" Fukuyamy, którą przeczytał jeszcze w londyńskim liceum. Po tej lekturze szybko opuścił brzegi Anglii i od tej pory żyje z plonów indyjskiej ziemi, od czasu do czasu wydając płytę. Kriszna i Johnny lubią się, można powiedzieć, nieinwazyjnie. Nawet nie klepią się po plecach.

- Ciągle wygłaszam dzieciakom na ten temat kazania. - mówi Johnny. - Wyobraź sobie świat, w jakim chciałbyś żyć. I zbuduj go.

Zdjęcia: Joanna Irzabek, rysunek: Johnny  

Wywiad z Johnnym dostępny tu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną