Świat

Ciało polityczne

Język ciała przywódców

Condoleezza Rice i Tony Blair, Fot. Richard Kalvar, World Economic Forum, Flickr, CC by SA Condoleezza Rice i Tony Blair, Fot. Richard Kalvar, World Economic Forum, Flickr, CC by SA
Światowi przywódcy coraz częściej grają serdecznych luzaków. Obłapiania, uściski, pokazy mody i urody. Nie dajcie się zwieść ich sztuczkom!

Jeszcze w Petersburgu, podczas szczytu G8, prezydent George Bush – jak rozumiemy spontanicznie i z przyjaźni – próbował rozmasować mięśnie szyjne kanclerz Angeli Merkel. Ta jednak otrząsnęła się z niemiłym wyrazem twarzy. Lepiej trafił prezydent Władimir Putin, który – też spontanicznie – pocałował w brzuszek małego chłopca na ulicy; mały Nikita z wrażenia nie mył się trzy dni. Silvio Berlusconi i Nicolas Sarkozy ostentacyjnie kleją się do obcych dostojników z serdecznością, której mogłaby pozazdrościć niejedna rodzina. Czas zbadać: czy to rezultaty ocieplenia klimatu, czy coś się dzieje nowego z przywódcami?

Pójdziemy najpierw tropem rosyjskim, bo precedens historyczny jest: za szczyt politycznego zbratania trzeba uznać tak zwanego niedźwiedzia z karpiem między przywódcami krajów dawnego bloku radzieckiego. Lud przyjmował to za lizusostwo dosłowne i demonstrowanie uległości, może tak i było, jednakże – o czym mało kto wie – chodziło raczej o kurtuazyjne przyjęcie obcego zwyczaju: to wcale nie sowiecki, lecz głęboko rosyjski był zwyczaj całowania mężczyzn w usta. W rosyjskim słowniku Dala z wyczuwalną kpiną autor pisze o niezliczonych świętach, obyczajach i tradycjach powiązanych tak lub inaczej z namiętnym całowaniem. Były nawet pocełujewy kabaki (knajpki do całusów) i urząd ziemski: Całuśny (tak jak Podkomorzy czy Woźny). „W istocie: całować w usta, bez żadnego wytchnienia!” – ironizował Dal.

Nie całować Putina 

Nawet Zachód przez lata po trosze przywykł do nieuniknionych obłapiań i pocałunków z rosyjskim przywództwem jako manifestacji dobrosąsiedzkich stosunków politycznych. Dopiero Putin wyzwolił premiera Blaira od tej egzotyki – tak nowy styl rosyjskiej dyplomacji odnotowała 8 lat temu znawczyni przedmiotu Jekaterina Michajłowa, psycholog i wykładowca z Akademii Służby Państwowej. „Z Putinem można się nie całować!” – orzekła w „Niezawisimoj Gazietie”. Minęły lata i zmieniła się sytuacja międzynarodowa. Blair i inni nie całują się dziś z Putinem z zupełnie innych powodów.

Za to inni nadrabiają w poufałych gestach. Całowanie razy dwa albo cztery, łapanie pod ramię, obejmowanie, klepanie po plecach stało się standardem powitań. Może należy napisać nowy protokół dyplomatyczny, który by ujął ten żywioł w jakieś karby? Mamy precedens w historii, kiedy po burzliwym rozwoju polityki zagranicznej na kongresie wiedeńskim nakreślono i nowy porządek polityczny, i protokół etykiety, obyczajów i honorów. Oczywiście, zasady pierwszeństwa i tytuły odgrywały główną rolę – to, jak widać, w polityce nie przestaje być palącym problemem.

Ciekawostka: to na tym kongresie sformalizowano przysługujące żonie ambasadora „prawo taboretu”, to jest usadzenie przy królowej, jeśli ta usiądzie przyjmując ambasadora. Protokół dyplomatyczny stara się objąć wszystkie dziedziny życia – od właściwego ubioru po nakrycie stołu, od tytulatury po procedencję. Dziś jednak życie go wyprzedza, daleko zaszła prywatność kontaktów politycznych na wysokim, a nawet najwyższym szczeblu. Bywa, że zaprzyjaźnieni przywódcy piszą do siebie esemesy, używają e-maili bezpośrednio, omijając własne nawet kancelarie, a cóż dopiero MSZ.

Bagażu tradycji nie można jednak odrzucić, choćby dlatego, że we współczesnym świecie – i to przecież na poważnie – funkcjonują monarchie z pełnym ceremoniałem. A protokół dyplomatyczny wywodzi się z protokołu monarszego: monarchy się nie dotyka, bo nie dotyka się sacrum, króla namaszczonego. Już całkiem współcześnie premier Australii, jako gospodarz wizyty, ośmielił się delikatnie ująć królową Elżbietę (czyli własną) za łokieć, by pokierować jej marszrutą. Okrzyknięto go gburem i mało co nie stracił urzędu, ale pamiętajmy, że stosunkowo niedawno, przed Janem XXIII, papieży, noszonych w lektyce, całowało się w trzewik.

Tak więc protokół, nawet dawny, jest teatrem, który trzeba odegrać przed publicznością, głównie telewizyjną. Publiczność nie widzi kulis, widzi przede wszystkim powitanie. To moment wyjątkowy, nie tylko dlatego, że najczęściej transmitowany. Kulturowo i – by tak rzec – antropologicznie dzisiejsze gesty europejskie biorą się z głębokiej historii i wiążą z bezpieczeństwem. Podanie ręki miało dowieść, że nie trzymamy broni, a potrząsanie uściśniętą dłonią potwierdzić, że nie chowamy noża w rękawie: po kilku energicznych potrząśnięciach musiałby wypaść. Natomiast braterskie uściski wzięły się z Egiptu, z przeszukiwania powiewnych szat arabskich; to dawna, nieskrywana rewizja osobista, która przeszła w zwyczaj.

Choć w powitaniach współczesnych podstawowy element bezpieczeństwa przestał się liczyć, one same nie straciły na znaczeniu. Psychologowie twierdzą, że nasza opinia o drugim człowieku kształtuje się w ciągu pierwszych 4 minut kontaktu (a w Ameryce, gdzie życie toczy się szybciej – w ciągu 90 sekund), zmienić ją mogą ewentualnie dopiero aż trzy godziny dalszego obcowania. Na ogół przywódcy aż tyle czasu ze sobą na wizytach nie przebywają.

Mimo to słyszymy, że natychmiast przechodzą ze sobą na „ty”. A więc dla Sarkozy’ego Tusk jest zaraz Donaldem, pani kanclerz – Angelą i tak dalej. Jednak polski obserwator musi się mieć na baczności, gdyż nie można języka angielskiego – a ten się stał lingua franca premierów i prezydentów – przenosić wprost na polskie ciepełko. Angielski (i francuski) pozwalają na szybkie zwracanie się do znajomych po imieniu, co wcale nie musi oznaczać spoufalenia. Podobnie jak „tykanie się”, bo tylko koneser kultury rozróżni, kiedy angielskie „you” brzmi z szacunkiem (jako liczba mnoga), a kiedy bardzo nieformalnie (jako liczba pojedyncza).

Polski przypis musi też obejmować ucałowania kobiecej dłoni, co w dyplomacji na najwyższym szczeblu staje się ważkim problemem, jako że za granicą coraz więcej kobiet zajmuje najwyższe stanowiska i kanclerz rządu sąsiada jest kobietą. Nie ma tu mądrych, bo to zwyczaj stary i piękny. Autor ostatniej edycji protokołu dyplomatycznego Tomasz Orłowski, nasz obecny ambasador w Paryżu, ośmielił się w książce przytoczyć ocenę największego włoskiego autorytetu savoir-vivre’u Giovanniego Nuvoletti, że to odiosa moda (okropieństwo), i opatrzyć uwagą, iż widok mężczyzn całujących ręce grupie pań potrafi być komiczny i przypominać bieg z przeszkodami lub taśmę produkcyjną, co daje kobiecie niewiele przyjemności. Kiedyś na takiej taśmie produkcyjnej potknął się nasz prezydent, całując w rękę szefa dyplomacji, który kobietą nie był. Ale nie widzimy, by pani kanclerz czyniła prezydentowi (który ją całuje w rękę) jakieś wstręty i traktowała gorzej niż premiera (który ją całuje w policzki).

Bez marynarki 

Tak czy inaczej, nasi starają się trzymać fason i stronić od nadmiernego luzu tak, iż nie pasuje do nich szmonces opowiadany o izraelskim premierze Szaronie. Ariel Szaron miał się pojawić w Knesecie (parlamencie) bez marynarki. Marszałek Knesetu, poirytowany, strofuje go za niewłaściwy strój. „Mnie na to pozwoliła sama angielska królowa!” – odparowuje Szaron. Posłowie oniemieli z wrażenia. Premier triumfalnie objaśnia, że właśnie na wizycie u królowej zdjął marynarkę. A królowa powiedziała mu wtedy: Panie Szaron, marynarkę to pan możesz sobie zdjąć u siebie w Knesecie!

Nie będziemy przy okazji świąt wyliczać gaf popełnianych przez tak zwane głowy. Młodzi przywódcy (a średnia wieku po wyborze Sarkozy’ego i Obamy zdecydowanie się obniżyła) niespecjalnie skłonni są słuchać rad dyplomatów średniego szczebla. Dyrektor protokołu dyplomatycznego jest zwykle dyrektorem departamentu w MSZ, ma więc trudności z dostępem do ministra, cóż dopiero do szefa państwa, co za tupet, by udzielać mu rad, a już ryzykowna bezczelność zwracać mu uwagę na niestosowność postępowania.

Dziś w wymieszanym świecie różnice się zacierają, ale na pewno pozostały właśnie przy powitaniu. W Anglii ludzie podają sobie rękę na powitanie w momentach wyjątkowych. Jeden z antropologów amerykańskich dowiódł nawet, że w większości amerykańskich biur pracownicy rano maszerują wprost do swych biurek, by sprawdzić skrzynkę e-mailową i z nikim się nie witają. Tłumaczy się to racjonalnie tak, by głupstwami nie marnować czasu sobie i innym, bo czas to pieniądz. W Afryce stosowanie takiej zasady to droga do katastrofy towarzyskiej i biznesowej. Niespieszne powitania są koniecznym wstępem do najbłahszych nawet kontaktów.

Ponieważ politycy grają przed telewizją, protokół upodabnia się do zwykłego savoir-vivre’u: mniejsza o dyplomatyczne niuanse. Róbmy to, co wszyscy, i będziemy się podobać – tak pewnie sobie myślą.

Demokracja telewizyjna narzuca politykom maniery plebejskie,a protokół – dziedzictwo protokołu monarszego – to przedstawienie odegrane dla nielicznych znawców teatru dyplomacji. Współczesny polityk gra dla widowni masowej, telewizyjnej. Nie może się dać krępować regułami kultury wysokiej, skoro występuje na scenie wodewilowej. Stąd – nie zasięgając rad – gra brata-łatę. Patrzcie – mówi – jaki jestem równy gość, taki sam jak wy, obrócę się, poklepię, zrobię minę, dowcip powiem. Celuje w tym Silvio Berlusconi.

Sułtan Berlusconi 

Czy luzacki obyczaj miałby świadczyć o demokratyzacji władzy? Wcale nie. To tylko kolejne przedstawienie. Tak jak elity komunistyczne, wywodzące się z partii niby-robotniczej, ani myślały (z nielicznymi wyjątkami) żyć po robociarsku – co w głośnej niegdyś książce opisał Milovan Dżilas („Nowa klasa”) – tak dzisiejsi przyjaciele ludu i luzacy wcale nie przyjmują tonu i stylu nie tylko prostego ludu, ale nawet klasy średniej. Płyną na fali wody sodowej, nie stronią od zbytku, najczęściej odgrywają się. I to z reguły im na biedniejszym podwórku się bawili, tym większej chcą rekompensaty bogactwa i prestiżu.

Sarkozy wyszedł z domu skromnego, ale zapowiadał, że się odkuje. Świetnie zna żargon ludu i umie się po chamsku odszczeknąć, jednak lgnie tylko do elit pieniądza i sławy. Albo Berlusconi: ku uciesze ludu naśladuje publicznie ruchy frykcyjne przy pochylonej strażniczce miejskiej – proletariusze wszystkich krajów łączcie się! – ale na półprywatnej wyspie wznosi rezydencję sułtańską, gdzie proletariusz może co najwyżej nawozić ziemię w ogrodach.

Ten cyniczny fałsz bratania się z ludem napiętnował brytyjski pisarz, przedtem dyplomata i polityk, George Walden w książce „New Elites. A Career in the masses”. Po raz pierwszy w brytyjskiej historii obu głównym partiom politycznym przewodzą elity – jak pisze autor – odwrócone: dobrze urodzeni, bogaci, wykształceni w drogich, prywatnych szkołach politycy przelicytowują się w schlebianiu nastrojom tzw. prostych ludzi. Zamiast podnosić powszechne aspiracje, wykorzystują tanie gusta i naiwność mas. Myślałem, wyznaje, że istnieje jakaś granica, do której ludzie pozwalają się traktować z góry, ale chyba nie, bo patrzę, jak przywódca konserwatystów pedałuje na rowerze do Izby Gmin, a w pewnej odległości za nim posuwa się prowadzona przez szofera droga limuzyna z czystą koszulą i butami. Spostrzeżenia Waldena mogą się stosować i do innych krajów.

I jeszcze jedno nowe zjawisko może być związane z lepszą formą fizyczną i niższym wiekiem przywódców: publiczne obnażanie torsów, niby to na wakacjach, nie w gabinecie, ale przed obiektywem dla masowego odbiorcy. Prezydent Sarkozy dał się sfotografować na kajaku podczas wakacji na jeziorze Winniepeasokee, ale nieprzyjemnie dociekliwa prasa wykryła natychmiast, iż zdjęcia nagiego torsu w popularnym tygodniku „Paris Match” były retuszowane. Życzliwy fotoedytor – nawiasem mówiąc, właścicielem tygodnika jest przyjaciel Sarkozy’ego – wyszczuplił prezydenta, usuwając wałeczki nad pasem (po francusku określane mianem poignées d’amour, dosłownie: uchwyty miłości). Jeśli Sarkozy musiał być retuszowany, to na pewno Putin był au naturel i nikt go nie przebije.

We Francji ukuto już termin „pipolizacji” władzy, od angielskiego słowa people, ludzie. Oznacza on, że w świecie rozpowszechnia się nowa metoda rządzenia: politycy działają nie poprzez określone konstytucją organy ustrojowe, lecz angażują cały teatr osobisty i towarzyski. Władza się personifikuje. Socjolog francuski Eric Fassin idzie jeszcze dalej. W zabawnej analizie przypomina, że nawet w epoce królów rozróżniano dwoistość monarchy – jego ciało fizyczne, naturalne i ciało polityczne. Oczywiście: także w demokracji rozwieszano po urzędach wizerunki prezydentów czy premierów. A nigdy do tego stopnia – jak za kadencji Sarkozy’ego – sam korpus prezydenta nie był przedmiotem tak intensywnego kultu medialnego. Ciało fizyczne stało się ciałem politycznym – mówi Fassin. „Sarkozy koncentruje wszystkie władze w swojej osobie, więcej – sama jego osoba jest istotą władzy”. Przy okazji ciekawie też socjolog interpretuje jogging, który z upodobaniem uprawiają i Sarkozy, i Bush. To nie tylko sposób na pokazanie zdrowia, to też sposób zademonstrowania przewagi (istotnie, Sarkozy’emu trudno dotrzymać tempa), a w przypadku Busha coś dodatkowego. Skruszony, bo dawniej bez umiaru popijający polityk narzuca sobie dyscyplinę fizyczną, która demonstruje potęgę samokontroli: „Jestem panem samego siebie, tak jak i świata”.

Jakoś nikt w tej płaszczyźnie nie skomentował jeszcze myśliwskich i jeździeckich wypraw Putina. Może cytowani pisarze przesadzają we wnioskach, ale z pewnością w demokracji medialnej. Władza – jak za dawnych monarchii – musi ludowi zapewniać widowisko.

Polityka 51.2008 (2685) z dnia 20.12.2008; Świat; s. 136
Oryginalny tytuł tekstu: "Ciało polityczne"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

To nie są czasy dla wrażliwców

Badania osób wysoce wrażliwych wykazały, że nie tylko silnie reagują one na stosunkowo słabe bodźce zmysłowe, emocjonalne czy społeczne, lecz także szczegółowo, głęboko przetwarzają związane z nimi informacje.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną