Romantyczne obyczaje z różnych stron świata

Opowieści miłosne
Miłosne obyczaje, opowieści, legendy. Jak zakochują się i kochają w różnych zakątkach świata
Hinduskie wesele
JOVIKA,/Flickr CC by SA

Hinduskie wesele

Sankt Petersburg, para młoda na moście
quinn.anya/Flickr CC by SA

Sankt Petersburg, para młoda na moście

Orient ma własny katalog miłosnych zasad
marviikad/Flickr CC by SA

Orient ma własny katalog miłosnych zasad

Jak się kochamy
eren | thisvintagechica/Flickr CC by SA

Jak się kochamy

Miłość po arabsku: „hob"

Algieria: Ukradkiem

Ona ma 15 lat. Uczy się w pierwszej klasie liceum. Kończy poranne lekcje, wraca do domu na obiad, idzie za nią młody mężczyzna. Ona tego nie zauważa. Po jakimś czasie koleżanka mówi jej, że brat jej koleżanki chciałby ją poznać i prosi o numer telefonu. Nie może dać tego numeru, bo jeśli telefon odbierze ojciec, będzie miała spory problem. Któregoś dnia chłopak podchodzi do niej na ulicy, prosi o chwilę rozmowy. Ona: „Nie rozmawiam z byle kim, odejdź". On - „zadzwoń do mnie, odbierze siostra". I tak się dzieje. Ona mówi do niego jak do dziewczyny, by rodzice nie zorientowali się, że nie rozmawia z koleżanką. Po kilku miesiącach idą na lody. Półtorej godziny sam na sam, ale na koniec dołączają do nich znajomi. Kolejne pół roku: trzymają się za ręce, choć też lepiej żeby nikt nie widział. Jego siostra zaprasza ją na urodziny, choć przecież wcale się nie znają. Po przyjęciu pierwszy pocałunek w ciemnym zakamarku domu. Ona nie może spać. Spotykają się przez dwa lata. Ona wyjeżdża za granicę na studia. Zrywają. Wakacje znów w Algierii, znów się spotykają. On przedstawia ją rodzicom. Postanawia wyjechać z Algierii. Oświadcza się jej ojcu. Podczas zaręczyn zapisują symboliczny grosz jako jej posag. Biorą ślub cywilny i religijny.

 

Jordania/Syria: Arabskie wesele

Jak w każdym kraju arabskim seks przedmałżeński jest wykluczony. Dla kobiety, mężczyzna może robić, co chce. Ginekolodzy zbijają fortuny na zaszywaniu błon dziewiczych. Co jakiś czas słyszy się o honorowych zabójstwach. W Jordanii dwa lata temu 23-letni brat zadał dziesięć ciosów nożem swojej niezamężnej siostrze, bo usłyszał w sklepie, że ta źle się prowadzi. Potem bardzo żałował, zwłaszcza, gdy w wyniku sekcji zwłok stwierdzono, że dziewczyna była dziewicą. To ekstrema, zdecydowana mniejszość. Większość to umiarkowani muzułmanie, choć bez szaleństw - jeśli spotkania, to w miejscach publicznych.

Zdarzają się małżeństwa aranżowane, ale układane według stałego wzorca: kojarzymy bogatych z bogatymi, biednych z biednymi. Swatka „khadbe" - zawsze kobieta - idzie na wstępny rekonesans. Widzi, że jest zainteresowanie obu stron, jej rola się kończy. Dalej jest już tradycyjnie i nie dotyczy to tylko małżeństw, w których uczestniczy swatka. W mniej tradycyjnych rodzinach: do rodziny dziewczyny przychodzi chłopak, przedstawia się i uzyskuje akceptację. W bardziej tradycyjnych od razu wspólne spotkanie: młodzi i rodzice obu stron, ustalają szczegóły - gdzie i z czego będą żyli młodzi, jaki będzie prezent dla dziewczyny z okazji ślubu, ile wyniesie odszkodowanie w przypadku rozwodu (jeśli przed sądem zostanie dowiedziona jej wina, ale tylko jeśli chodzi o ciężkie przewinienia, jak np. zdrada, odszkodowania nie dostanie).
Kiedy wszystko jest ustalone zaczyna się teatr. Obie rodziny wysyłają delegacje tzw. „ładziaha" mogące liczyć nawet kilkaset osób, wśród nich są najznakomitsze postacie, z którymi znajomością może pochwalić się rodzina, często nie znające młodych. Delegacja pana młodego przychodzi do domu pani młodej, gdzie czeka już jej delegacja. Przewodniczący delegacji młodego prosi o rękę dziewczyny przewodniczącego jej drużyny, czasem przemowa może trwać nawet ponad godzinę (wymienia się zalety młodych, ich rodzin). W tym czasie podawana jest kawa. Nikt nie może jej dotknąć, dopóki nie padną sakramentalne słowa ze strony szefa delegacji panny młodej „wypij proszę swoją kawę", to znak, że oświadczyny będą przyjęte. To znak także dla obserwujących to z ukrycia kobiet. W domu rozbrzmiewa „zalghuta" (wibrujący dźwięk wydawany przez energicznie poruszający się język).

Młodzi są „po słowie", czekają na zaręczyny. Mogą one być skromne, tylko w gronie najbliższych, albo huczne, niczym wesele. Żeby młodzi wyszli sami na spacer w liberalniejszych domach wystarczy akceptacja ojca, w bardziej tradycyjnych muszą być zaręczeni. Młodzi obowiązkowo podpisują kontrakt, albo w trakcie zaręczyn, albo - co zdarza się częściej - w dniu wesela. Podpisanie kontraktu de facto oznacza, że młodzi są już poślubieni, czyli teoretycznie mogą spędzić ze sobą noc. Zwykle odbywa się to po weselu, które jest ogłoszeniem publicznym ich związku, bo jeśli zerwanie nastąpi po podpisaniu kontraktu, ale przed weselem, wówczas obie strony mają w dokumentach wpisane rozwodnik, rozwódka, co dla obu stron nie jest korzystne. Ale w momencie trudno już mówić o miłości.

Miłość po rosyjsku: „lijubav"

Walentynki i Fierońki

Fiewronia, prosta wieśniaczka z riazańskiej guberni ukazała się we śnie młodemu księciu, obiecując w cudowny sposób wyleczyć jego ciężką chorobę. Sen był proroczy i wkrótce w  książęcy syn wrócił do zdrowia, a piękna, dobra i mądra Fiewronia została jego żoną. Ale ten ślub rozgniewał bojarów, nie spodobała się im kniazini - chłopka. Za wszelką cenę chcieli się jej pozbyć. Zmusili Fiewronię, żeby opuściła miasto. Książę Piotr ruszył jednak z małżonką, pozostawiając gród bojarom.  W ślad za szczęśliwymi małżonkami opuściła miasto Murom Boża miłość - mówi stara, rosyjska legenda. Zapanowała tam nienawiść i rozpoczęły się walki o władzę. Wtedy bojarzy postanowili prosić księcia Piotra, aby wrócił razem z Fiewronią. I tak się stało. Małżonkowie długie lata rządzili dobrze i sprawiedliwie, a u kresu swoich dni postanowili wstąpić do klasztoru.
Zmarli oboje w roku 1228, tego samego dnia, o tej samej godzinie, każde w celi swojego monastyru. Choć wolą Fiewronii i Piotra było zostać pochowanymi w jednej trumnie, mnisi położyli ich jednak osobno, w różnych świątyniach. W tajemniczy sposób ciała znalazły się jednak razem. Rozdzielono je, ale sytuacja się powtórzyła  i to trzykrotnie. W końcu więc spełniono ostatnią wolę małżonków.  Po śmierci Fiewronia i Piotr zostali uznani za patronów zakochanych i wzór chrześcijańskiego małżeństwa, a w  XVI wieku Cerkiew wpisała ich w poczet świętych.

Tę historię, w której fakty mieszają się z legendą, przypomniały w ubiegłym roku rosyjskie media. Z inicjatywy deputowanych do Dumy  8 lipca, dzień kościelnego święta Piotra i Fiewronii został wówczas uznany również za  święto państwowe. Obchodzony jest jako Ogólnorosyjski Dzień Rodziny, Miłości i Wierności. Ideę wsparły organizacje religijne Rosji, a patronuje jej osobiście żona prezydenta Miedwiediewa, Swietłana.

Nowe święto  ma służyć przede wszystkim promocji rodziny i stanowić przeciwwagę dla coraz bardziej popularnych Walentynek.  14 lutego to dzień zakochanych, ale zakochanie wcale nie daje gwarancji  miłości, trwałości rodziny, ani tym bardziej  wierności - tłumaczył metropolita Cyryl Rosyjskiej Gazecie poparcie Cerkwi dla nowego święta.

Serce na kłódkę

Tymczasem Rosjanie nie tylko coraz chętniej obchodzą Walentynki, ale i na co dzień kultywują rozmaite  zwyczaje i „magiczne" obrzędy, mające zapewnić im miłość i małżeńskie szczęście.

 

 

Prawdziwą furorę w ostatnich latach robią zwłaszcza „kłódki miłości", czy też „zamki szczęścia", które na zawsze mają łączyć serca zakochanych.  Tradycja ta pojawiła się w Rosji w latach 90. i powoli zaczyna wypierać nawet stary zwyczaj odwiedzania w dniu ślubu miejsc pamięci narodowej.

Narzeczeni i świeżo poślubieni małżonkowie jak Rosja długa i szeroka  na znak swojego wiecznego uczucia wieszają na mostach metalowe zamki i kłódki. Przykuwają je do kratownic, poręczy, albo słupów latarń, a klucz rzucają do wody. Wierzą, że w ten sposób na wieki „topią" swoje dawne związki i nikt już poza obecnym wybrankiem nie zdobędzie więcej klucza do ich serca. Na kłódkach wyryte, wytłoczone, czasem tylko wyrzezane nożem lub namalowane lakierem do paznokci widnieją daty, imiona, wyznania.

Na rosyjskich mostach są już  całe kilogramy kłódek starych i nowych, małych i dużych, wiszących pojedynczo i spinających się nawzajem. Od niewielkich, pamiątkowych, wielkości paznokcia po wielkie garażowe zamczyska. Im większy zamek, tym większe uczucie... Nie wszystkie mosty wytrzymują jednak te „dowody miłości", więc  miejskie władze od czasu do czasu robią czystki, bezlitośnie odpiłowując  ślubne żelazo.

Żeby nie narażać się zakochanym, władze Moskwy postawiły na jednym z najbardziej „zakochanych" mostów - Tretiakowskim metalowe drzewka, do których można bezpiecznie przypinać kłódki miłości. Śladem stolicy zaczynają iść inne miasta, w których też pojawiają się metalowe drzewka.

Szczególnie krzywo patrzą na nowy obyczaj władze w baszkirskiej Ufie. Tam zakochani upodobali sobie wiszący most, łączący dwa wzgórza w miejskim parku i  żelazne zamki wieszają na ażurowych poręczach lekkiej konstrukcji. Z mostu zrzucają do parowu klucze, żeby ich miłość stała się nierozłączna.  Pracownicy komunalni zbierają potem te klucze i używają ich do odpięcia kłódek.  Czego się  nie uda dopasować, bezlitośnie odpiłowują  tłumacząc, że to zardzewiały złom. Nieszczęsne zakochane serca - myślą, że oddają swoją miłość we władanie sił nadprzyrodzonych, tymczasem ich kruche szczęście leży w rękach pracowników  Gorzjelenchoza...

Miłość w hindi: „pyaar"

Indie/Nepal: Kriszna z Teraju

Kriszna jest bogaty. Dzierżawi pola uprawne i czeka aż plony z nich zostaną zwiezione do jego gospodarstwa. Raz w tygodniu zawozi ryż, kukurydzę i banany na targ. Jego życie na nizinach nepalskiego Teraju wygląda inaczej niż mogłoby wyglądać, gdyby nie wyjechał do Indii. Nie wstaje o świcie, żeby na plecach taszczyć trawę dla krów, ani nie pilnuje kóz nad potokiem. Zamiast tego jeździ motorem do miasta, pielęgnuje kontakty handlowe i sprawdza rachunki. Lubi też gotować. Ma nowoczesną kuchnię, taką, w której gotuje się na stojąco, a nie w kucki.

 

Prawdziwą radość sprawia Krisznie synek. Może się z nim bawić godzinami. Daje się szarpać i ujeżdżać, turla się po podłodze i goni po całym domu. Nie pozwala mu się bawić z byle jakimi dzieciakami z podwórka.

Żona Kriszny jest miła, ale niezbyt urodziwa. I jakby zahukana. Niewiele się odzywa i ma niewyraźną minę. Kriszna zachęca ją, żeby założyła własny biznes, na przykład herbaciarnię przy drodze, albo warzywniak. Mają przecież duży ogród. On jej w kuchni chętnie pomoże. Ale ona nie daje się namówić. Brakuje jej odwagi, czy czego?
Kiedy Kriszna był zupełnie młody zakochał się w jednej dziewczynie z tej samej wioski. Pochodziła z zamożnej rodziny i Kriszna wiedział, że łatwo jej nie dostanie. Postanowił więc najpierw się wzbogacić i w tym celu wyjechał do Indii, gdzie człowiek bogaci się najszybciej. Oprócz Dubaju. Po kilku latach wrócił, by prosić o jej rękę. Ale ojciec miał już wobec niej inne plany. Krisznie, z całym dorobkiem, zatrzaśnięto drzwi przed nosem. Umówił się z Rajani sam na sam i zapytał ją wprost: kochasz go? Nie. To uciekaj ze mną! Pojedziemy do Indii, zobaczysz, będzie dobrze. Widział, że Rajani trochę się wahała.  Odmówiła. Spotkał ją jeszcze potem raz po ślubie. Po kilku latach Kriszna także postanowił się ożenić. Nie szukał długo. Owszem, miał pewne wymagania. Przede wszystkim, żeby dobrze gotowała.

Miłość po angielsku: love

USA: Amerykańska miłość w epoce Internetu

Wielkie miasta Ameryki bardzo różnią się od siebie w wielu aspektach - ale jedno mają wspólne: paradoksalnie trudno w nich poznać kogoś i wielu jest ludzi samotnych, nadaremnie poszukujących życiowego partnera. Nic więc dziwnego, że historia, którą opisała lokalna nowojorska prasa późną jesienią 2007 r. wywołała prawdziwą sensację i na wiele miesięcy przykuła uwagę nie tylko mediów, ale i wielu „singli" z wielkich metropolii, widzących w tej opowieści nadzieję dla siebie.

A było to tak: dwudziestojednoletni podówczas Patrick Moberg, grafik-ilustrator pracujący dla internetowego portalu Vimeo.com, jechał pociągiem zielonej linii metra 5 w stronę Brooklynu i nagle spostrzegł w wagonie dziewczynę, która oczarowała go od pierwszego wejrzenia. Chciał podejść i porozmawiać, ale zanim zdobył się na odwagę - dziewczyna zniknęła. Patrick postanowił nie dać za wygraną; tego samego wieczora zbudował stronę internetową, na której opisał spotkanie i zamieścił rysunki, mające pomóc mu odnaleźć piękną nieznajomą. Dziś wieczorem w metrze spotkałem dziewczynę moich marzeń - proszę, pomóżcie mi ją odnaleźć! - głosił nagłówek, pod którym znajdował się ręcznie wykonany portret dziewczyny o ciemnych włosach, splecionych w fantazyjne warkocze i ozdobionych wpiętym kwiatem. Autor strony rozesłał internetowe wici do wszystkich znajomych, ci zaś rozpropagowali informację używając poczty elektronicznej, Facebook i MySpace.

Nie minęło czterdzieści osiem godzin, a zdarzyło się coś graniczącego z cudem - szczególnie w ośmiomilionowym mieście takim jak pulsujący energią Nowy Jork, gdzie wszystko i wszyscy są w nieustającym ruchu. Kolega dziewczyny usłyszał o stronie WWW, skontaktował się z Patrickiem i podał mu kontakt do pięknej nieznajomej. Dziewczyna okazała się Australijką nazwiskiem Camille Hayton, stażystką w internetowym periodyku BlackBook.com. Jak się okazało, pamiętnego wieczora podróżowała tą linią metra tylko dlatego, że dom, w którym mieszkała, spłonął kilka dni wcześniej i musiała się na jakiś czas zatrzymać u znajomych na dolnym Manhattanie. Para spotkała się niedługo później i - jak mówili później Patrick i Camille w wywiadzie udzielonym dziennikarce ABCNews Dianne Sawyer z popularnej audycji telewizyjnej Good Morning America - „spodobali się sobie od pierwszego spotkania". Niezwykły romans stał się natychmiast ogólnokrajową sensacją; ich historia opisana została nie tylko przez nowojorskie gazety, ale także przez prasę brytyjską i australijską. „Moi przyjaciele powtarzają mi ciągle, że taka zwariowana historia mogła zdarzyć się tylko w Ameryce" -mówiła dziennikarzom Camille.

Para miała dość instynktu samozachowawczego, by krótko po sensacyjnym spotkaniu zniknąć z medialnej sceny. Najwyraźniej jednak nie wystarczy odizolować się od wścibskich reporterów, by związek miał szansę na happy end jak z hollywoodzkiej komedii romantycznej. Niespełna rok od pierwszego spotkania, w lipcu 2008 r., para obwieściła, że nie są już razem, choć „pozostali przyjaciółmi". Najgłośniejszy internetowy romans ostatnich lat dobiegł końca; nie znaczy to jednak, że media przestały się interesować Patrickiem i Camille - plotka głosi, że rozmawiają z hollywoodzkimi producentami o możliwościach wykorzystania ich historii w filmie...  Pomysł wykorzystywania Internetu do odnajdywania pięknych nieznajomych przeżywa prawdziwy renesans. Codziennie na przeróżnych stronach WWW - szczególnie w sekcji „Missed connnections" popularnego serwisu craigslist.org - pojawiają się setki ogłoszeń takich jak to, które Patrick Moberg powiesił na swojej stronie. Powstał nawet specjalizowany serwis www.subwaycrush.com , który ma pomagać ludziom którzy spotkali kogoś niezwykłego w metrze i stracili go z oczu. To więcej niż prawdopodobne, że któraś z podobnych historii, zaczętych internetowym anonsem, doczeka się szczęśliwego zakończenia.

Miłość w Pakistanie

Wszystkie żony Abida

Wóz cyrkowy, a nie autobus! Mrugamy światłami jak jednoręki bandyta, który wytoczył się baru na road to hell. Na przodzie kwiaty i chorągiewki, na zadzie portret wąsatego mężczyzny wśród kwiatów i wstęg. Wygląda jak portret dyrektora tego cyrku, ale to pakistański bard. Kierowca jest jego wielkim fanem.

Autobus pędzi na złamanie karku rycząc w przestworza. Mijamy budynki, które ledwie wyrastają z pustyni. Na wrośniętych w piasek dywanach przy drodze koczują zawoalowane postacie. Wyglądają jak irańskie kobiety, ale to pakistańscy mężczyźni w zimowych szalach. Kobiet tu nie ma. Kobiety podobno latają samolotami.

Gdyby nie to, ze autobus fruwa od jednego wyboju do drugiego, byłaby tu niezła dyskoteka. Mężczyzna i kobieta śpiewają w romantycznym duecie, w przerwach zaś opowiadają sobie kawały. Publiczność wybucha śmiechem i bije brawo. „Dlaczego ta kobieta tak pieje", pytam pasażera w fotelu za mną. „To brzmienie indyjskie, ale śpiewają w Urdu", tłumaczy.

Abid jest jedyną osobą w autobusie ubraną po europejsku. Zaoferował się być moim opiekunem na czas podróży. Zajmuje się doradztwem dla trzech firm portowych w Bandar-e-Abbas, gdzie mieszka wraz z żoną. Trzecią, irańską. Druga, pakistańska, mieszka w Lahore i Abid właśnie jedzie ją odwiedzić. „Jestem doświadczony w małżeństwach", podsumowuje.

Dla zabicia czasu próbuje uczyć mnie Urdu. „Nowy język to nowa osobowość", zachęca i puszcza  fragmenty Koranu śpiewane przez ulubionego recytatora, które przechowuje w swoim telefonie komórkowym. „Znajomość 1200 słów pozwala na podstawową konwersację na różne tematy", powiedziano mi w Teheranie. Z takim słownictwem można już rozmawiać o rodzajach klusek. Ale jeszcze nie o Koranie.

Do autobusu nagle wpada kamień i toczy się prosto pod moje siedzenie. Autobus zatrzymuje się i wyłącza muzykę. Co wpadło? Kto rzucał? W powietrzu unosi się zawiesina - mgła albo kurz - w której gubi się światło księżyca. Nagle jest cicho jak makiem zasiał. Kierowca i kilku pasażerów stoją na drodze i wytężają wzrok w ciemności. Nie ma żywego ducha.

Zabierają się więc za łatanie dziury w szybie plastikowym workiem i taśmą klejącą. I znowu gra muzyka. „A co teraz śpiewają?", pytam. „Zapomnijcie o Romeo i Julii, zapamiętajcie nas", tłumaczy Abid, wsłuchując się w słowa piosenki. „Kaseta bardzo dobrze sprzedaje się w Pakistanie", dodaje.
Szuka czegoś w swojej wielofunkcyjnej komórce i wkrótce wyświetla zdjęcie młodej kobiety. „To moja pierwsza żona". „Ładna", kiwam głową. „Nie tylko ładna, ale i inteligentna", chowa komórkę. „Umarła sześć lat temu w tym samym autobusie". „O!". Trafił ją kamień z pustyni? „Zachorowała nagle. Lekarz zrobił jej dwa zastrzyki. Od tego ręce spuchły jej jak kłody", pokazuje. „Zabrałem ją do szpitala w Iranie, ale dojechała martwa".  

Miłość po włosku - amore

Od ściętego Walentego

„Nie cierpię walentynek! Kolejny zwyczaj ściągnięty od Amerykanów!" - taki argument często pada ze strony antywalentynkowego - by tak rzec - ruchu oporu. Tyle, że to Stany ściągnęły walentynki od Włochów. W pierwotnym założeniu było to święto liturgiczne, wymyślone przez duchownych Kościoła Katolickiego tylko po to, by... zwalczać pogaństwo.
Do IV wieku.n.e. istniał bowiem zwyczaj corocznego składania hołdu bożkowi płodności Luperkusowi - rzymskie Luperkalia obchodzono każdego roku 15 lutego. Poświęcone były co prawda miłości, ale tej stricte fizycznej, bez odniesień do sfery uczuciowej. Miały charakter rytuału. Ci, którzy otaczali Luperkusa czcią, gromadzili się na placu i wrzucali do wielkiej urny tabliczki zapisanymi na nich swoimi imionami. Te były następnie mieszane, a potem losowo wyciągane przez jedno z dzieci. Tak oto łączono w pary  kobiety i mężczyzn , którzy przez okrągły rok mieli (nolens volens) żyć ze sobą niczym dwoje kochanków. A po dwunastu miesiącach rytuał ten powtarzano, rozdzielając pary na rzecz tworzenia nowych.

Praktykom takim ostro sprzeciwiał się Kościół Katolicki. W 496 r. papież Gelazjusz I postanowił schrystianizować ów pogański obyczaj i związane z nim grzeszne praktyki, ustanawiając „instytucję" świętego do spraw zakochanych. Dlaczego padło akurat na skróconego o głowę ponad dwa wieki wcześniej Walentego z Interamny (dzisiejsze Terni w Umbrii)? Jak się wydaje, miało to przede wszystkim wymiar symboliczny, bowiem jako pierwszemu głosicielowi Dobrej Nowiny  udało mu się zjednoczyć węzłem małżeńskim pogańskiego legionistę z młodą chrześcijanką.

Jest też i "więzienna" legenda św. Walentego.  Otóż, kiedy  cesarz Aurelian zaczął swoimi edyktami prześladować chrześcijan, dzisiejszy patron zakochanych został wtrącony do lochów. W oczekiwaniu na ścięcie, zakochał się w niewidomej córce strażnika Asteriusa, a uczucie to miało cudownie przywrócić  dziewczynie wzrok. Walenty, tuż przed dekapitacją (jak wieść niesie, nastąpiła ona 14 lutego 269 r.; bliskość dat dziennych przyczyniła się też zapewne do wyboru akurat tego chrześcijańskiego męczennika na „zastępcę" Luperkusa) wysłał do swej ukochanej liścik, podpisany „Od Twojego Walentego".

Od tego najprawdopodobniej wziął się praktykowany do dziś we Włoszech zwyczaj wysyłania miłosnych bilecików tym wszystkim, których się kocha, tym, którzy nam się podobają lub tym, przez których chcielibyśmy być kochani. Co ciekawe, to jedyny dzień w roku, kiedy uchodzi płazem (ba, jest wręcz pożądane!) słanie bilecików bez podpisu. W każdym innym dniu podobne anonimy uchodziłyby za efekt braku dobrego wychowania i impertynencję. Oczywiście, zakochany „spedytor" takiej karteczki powinien zostawić w niej jakieś wskazówki - tak, by po dogłębnych nad nią studiach obiekt westchnień mógł dojść, od kogo bilecik pochodzi.

A same walentynkowe bileciki z roku na rok są coraz bardziej wymyślne. To już nie tylko serduszka, kwiatuszki i motylki, ale również wyrafinowane dedykacje, czasem zdobione nawet za pomocą specjalnego pędzelka drobinkami prawdziwego złota.

Co ciekawe, miłosne karteczki i zwyczaj z nimi związany od czasów św. Walentego i jego pamiętnego podpisu długo przeleżał w zapomnieniu na półce historii. Na skalę przemysłową wprowadziła go dopiero w XIX wieku (i dopiero tutaj pojawia się pierwszy - tak bardzo przez niektórych kontestowany - walentynkowy trop „amerykański") ówczesna bizneswoman Esther Howland ze stanu Massachusetts. Stulecie później bilecikowe okazywanie uczuć zaczęło stopniowo ustępować miejsca na rzecz wymieniania między sobą przez zakochanych podarunków, głównie czekoladek, kwiatów i biżuterii, by w efekcie doprowadzić do tonących w czerwieni witryn sklepowych. A tam to już - co dusza zapragnie i wolna podarunkowa... amerykanka.

Dorota Ciosk (Rosja), Joanna Irzabek (Indie/Nepal, Pakistan), Małgorzata Kozłowska (Włochy), Kamila Sławińska (USA), Agnieszka Zagner (kraje arabskie)

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj