Sufizm - antidotum na fundamentalizm?

Nowa broń
Tam, gdzie ostatnio porwano i zamordowano polskiego inżyniera trwa walka o „duszę islamu'. Zachód chce wspierać jego umiarkowany nurt, sufizm. Muzułmanie odpowiadają: no to my będziemy wspierać umiarkowanych Amerykanów.
Fot. Joanna Irzabek
Joanna Irzabek/Materiały prywatne

Fot. Joanna Irzabek

Joanna Irzabek/Materiały prywatne

Jest godzina pierwsza w nocy, ale w świątyni Baba Shah Jamala, w Lahore we wschodnim Pakistanie, w najlepsze trwa sesja bębniarska. Tłum młodych mężczyzn klaszcze, pali marihuanę i wpada w muzyczny trans. „Nawet jeśli nie rozumiesz słów, kawali sięga w głąb twojej duszy i umysłu", mówi Ali Raza, suficki śpiewak w czwartym pokoleniu.

Muzyka kawali jest tylko częścią ezoterycznych praktyk sufizmu. Do Absolutu można dotrzeć także poprzez recytowanie poezji, taniec derwiszy, medytacje. A przede wszystkim wypierając się własnego ego.

Większość ludzi z Zachodu nie tak wyobraża sobie islam. Dzięki Osamie ibn Ladenowi rozgłos zyskała jego najbardziej fundamentalna odmiana, wahhabizm. Pochodzący z pustynnych terenów Arabii Saudyjskiej, w latach 80. zawojował północno-zachodnie rubieże Pakistanu, wspierany tam jako sposób na Związek Radziecki w wojnie w Afganistanie. „Wahhabizm jest obcy centralnym prowincjom Pakistanu", mówi Sardar Aseff Ali, minister w lokalnym pendżabskim rządzie i sufi.

W sercu Pakistanu praktyki muzułmańskie nie mają nic wspólnego z wysadzaniem się w powietrze w imię Allaha. Przeciwnie, zawierają dużą dozę hedonizmu. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych zwyczajów stały się masowe pielgrzymki do grobów sufickich mędrców. Kilkaset lat temu ci dziś wielbieni sufi jak średniowieczni hipisi wędrowali po całym Bliskim Wschodzie i Azji Południowej, głosząc tolerancję, harmonię i pokój. Szczególnie w Azji Południowej ich grobowce przyciągają tłumy pielgrzymów przybywających po ich błogosławieństwo i wstawiennictwo u Boga. Obchody rocznicy ich śmierci przerodziły się w ludowe festiwale przypominające pogańskie rytuały. Jednym z największych jest festiwal w Sehwan Sharif. Na co dzień senne miasto nad rzeką Indus, tuż przed ramadanem zamienia się w pakistańskie Glastonbury - jedno z największych sufickich „rave party" na świecie.

Żeby nie było wątpliwości, sufizm to nie tylko kult zmarłych, trawka i trans. Według wykształconych muzułmanów taki folklor nie należy do poważnego islamu, ani do poważnego sufizmu. Ale z jakiegoś powodu były premier Pakistanu Nawaz Sharif, zaraz po powrocie z wygnania, w pierwszej kolejności pojawił się w sufickiej świątyni w Lahore. Plebejska wersja sufizmu ma najwyraźniej więcej wyznawców niż bardziej powściągliwe doktryny. „Sufizmu nie da się oddzielić od naszej kultury: jest w muzyce, w folklorze, poezji, literaturze... Jesteśmy krajem sufickim", deklaruje Ayeda Naqvi, suficka nauczycielka.

Niektórzy stwierdzili, że tak łagodny islam świetnie nadaje się na antidotum na fundamentalizm.

Islam made in USA

Amerykański think tank, RAND Corporation, już w 2007 r. przygotował specjalny raport, w którym typuje sufizm - „otwartą, intelektualną interpretację islamu" - na partnera do rozmów z Zachodem.

W dokumencie RAND zaleca politykom amerykańskim wspieranie tworzenia umiarkowanych organizacji muzułmańskich, w ten sam sposób, w jaki wspierali dysydentów za czasów komunizmu. To całkiem nowa strategia, choć opiera się na „lekcjach zimnej wojny".

 

Co na to sami muzułmanie? W Pakistanie, w przeciwieństwie do zdecydowanie sunnickiej Arabii Saudyjskiej czy szyickiego Iranu, istnieje 6 do 9 różnych doktryn; nie wszyscy podążają ścieżką mistycyzmu. Spora część może się więc nie zgodzić z poglądem, że sufizm to ten „lepszy" islam. Architekt sufickiej świątyni w Lahore, z którym rozmawiał reporter BBC ma wątpliwości, czy mistycyzm może być przysposobiony do walki z talibami. „Wahhabizm to fenomen, który ma korzenie polityczne, a nie religijne. Niech amerykańskie think tanki pomyślą jeszcze raz", proponuje. Według niego islamski ekstremizm to odpowiedź na frustrację i gniew wobec najeźdźców i okupantów. Ofiara chce być teraz katem. I nie ma to nic w wspólnego z islamem, a już w ogóle nie z sufizmem.

Prominentni muzułmanie z Zachodu i ze Wschodu komentują raport z oburzeniem: „Pozostaje już tylko zastąpić Boga organizacją RAND", „1,7 miliarda muzułmanów na całym świecie to według RAND ekstremiści, chyba że udowodnią, że jest inaczej". A mniej prominentni publikują parodię pod tytułem „Manifest umiarkowanego Amerykanina": „Amerykanie znacząco różnią się między sobą", piszą, „Istnieją między nimi różnice w poglądach religijnych, orientacji politycznej i społecznej, opiniach o rządzie, uznaniu prymatu Biblii nad innymi źródłami prawa, poglądach na prawa człowieka, kobiet i mniejszości, stopniu tolerancji wobec przemocy w imię promowania własnych celów politycznych i religijnych. Będziemy nazywać te cechy kryteriami referencyjnymi".

„Oni nie widzą nas tak jak my widzimy siebie", tłumaczy, niemal po suficku, Jon B. Alterman, ekspert od Bliskiego Wschodu w waszyngtońskim Institute of Peace. „Ameryka uważa, że niesie światło nadziei, promuje demokrację i gospodarczą pomyślność". Ale przy wszystkich paralelach z wojną ideologiczną z komunizmem jest jedna istotna różnica: kraje muzułmańskie nie widzą w Ameryce wyzwoliciela.

Ayeda Naqvi wierzy jednak w pozytywną polityczną rolę, jaką może odegrać islamski mistycyzm. Choć jednocześnie ostrzega: jeśli ma być wspierany, to tylko po cichu, bo jak się ludzie dowiedzą, że Zachód maczał w tym palce, to sufizm będzie spalony.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj