Zamiast się uczyć, pracują na plantacjach bawełny

Twarda bawełna
Uzbekistan: na polach bawełny pracują nawet siedmiolatki. Wszystko za cichą zgodą państwa.
Dzieci na polach bawełny
Brian Summers/BEW

Dzieci na polach bawełny

W białym morzu bawełnianych krzewów przesuwają się ciemne głowy dzieci.  Od rana do wieczora, zamiast uczyć się w szkole, mozolnie ściągają z krzaków białe kłębki. I tak dzień w dzień, przez dwa, trzy miesiące bez przerwy.  W zależności od wieku, każdy musi zebrać 20 do 60 kg bawełny. Nauczyciele pilnują, żeby uczniowie się nie obijali. Dzieciak musi wyrobić dzienną normę, inaczej go przed całą klasą upokorzą. Nakrzyczą, ośmieszą, albo nawet zbiją. Publicznie. Nie byłoby to możliwe bez cichej zgody państwa, które pozwala na mobilizację dzieci do zbioru bawełny.

Raport, opublikowany niedawno przez londyńską Szkołę Studiów Afrykańskich i Wschodnich SOAS nie pozostawia wątpliwości - dzieci w Uzbekistanie są zmuszane do ciężkiej pracy i przez długi czas pozbawione możliwości nauki. Podczas gdy rząd w Taszkiencie odrzuca oskarżenia o wyzysk dzieci,  powołując się na konstytucję i podpisane przez siebie międzynarodowe konwencje, z medialnych doniesień wyłania się  zupełnie inna rzeczywistość. W porze zbiorów bawełny uczniowie są masowo wywożeni na plantacje. Za wyjątkiem stołecznych szkół, w których uczą się dzieci dyplomatów i najwyższych funkcjonariuszy władzy w Uzbekistanie, wszystkie inne przymusowo wysyłają uczniów na zbiory.

Polecenia przychodzą z góry. „Pobór" odbywa się na ustne wezwanie miejscowych władz. Nikt nie pyta rodziców o zgodę, nie ustala zapłaty. Jeśli z jakichś przyczyn dziecko zostanie w domu, zamiast stawić się w pracy, nauczyciel osobiście przychodzi i ruga rodziców. Na pola wysyła się zwykle dziesięciolatki i starszych uczniów, ale bywało, że do pracy ściągano nawet siedmioletnie dzieci.

Podczas zbioru każdy na swoją normę do wyrobienia. Za jej niewykonanie grożą kary. Nadzorcami dzieci są nauczyciele. Jak zdradził anonimowo jeden z pedagogów, za każdy dzień nieobecności ucznia w pracy, nauczyciel karany jest mandatem. Dzieci, które zbiorą mniej bawełny, przynoszą ją z domu, żeby wyrównać normę. Czasem są to na przykład wypełnione bawełną materace.

Niezależni obserwatorzy  twierdzą, że na plantacjach panuje „fala". Nauczyciele biją, a starsi uczniowie zabierają młodszym zbiory. I też biją tych, którzy się im sprzeciwią.

Dzieci często nie wytrzymują złych warunków i stałego znęcania. Wiele z nich ucieka z plantacji, mając pełną świadomość, że skończy się to wyrzuceniem ze szkoły.  Chyba, że rodzicom uda się zebrać pieniądze na „wyrównanie strat" państwu. Bo za pieniądze można się wykupić. Ale na to stać jedynie najbogatszych.

Feudał ziemię daje

Uzbekistan należy do piątki największych producentów bawełny. Ten surowiec to strategiczne bogactwo eksportowe Uzbekistanu i jedno z głównych źródeł  jego dochodu. Państwo całkowicie zmonopolizowało produkcję i sprzedaż bawełny. To władze decydują kto i gdzie zasieje bawełnę, jakich nasion użyje, kiedy ją będzie podlewał, ale przede wszystkim ustalają, ile farmer ma zebrać z hektara. Cenę za zebrany surowiec również ustala państwo i jest ona mniej więcej dziesięć razy niższa od ceny eksportowej. Farmerzy nie mogą  samodzielnie sprzedawać swojej produkcji, muszą oddać ją państwu za monopolistycznie ustaloną, bardzo niską cenę skupu. Jednocześnie państwo nakłada na producentów bawełny podatki, których wysokość powoduje, że są oni zainteresowani jak najtańszą siłą roboczą. Dziećmi. Im płaci się minimalne stawki.

Zdaniem obserwatorów ICG (International Crisis Group) cały system uzbekistańskiego  rolnictwa opiera się na wyzysku biedoty i feudalnych stosunkach. Zarówno tam, jak i w sąsiednim Tadżykistanie i Turkmenii niewielka kasta wysokich funkcjonariuszy zgarnia miliony, uzyskane ze sprzedaży „białego złota". Oni też utrzymują masy farmerów w poddańczej zależności. Producenci bawełny dostają nie więcej niż 10 do 15 proc. zysków ze sprzedaży. Korzyści czerpią przede wszystkim przedstawiciele rządzącej elity i ich sojusznicy, prawdopodobnie też i bossowie kryminalnego świata Taszkientu. Zyski realizują głównie poprzez firmy, zarejestrowane w rajach podatkowych.

Famerzy chętnie przerzuciliby się na inne rodzaje upraw, jednak państwo pilnuje, żeby nikomu nic się nie "pomyliło". Zdarzało się już, że prace polowe były prowadzone pod kontolą siłowych struktur - milicji i miejscowych władz. Poszczególne gospodarstwa razem z nasionami dostały inspektorów, którzy mieli czuwać nad tym, żeby siew szedł zgodnie z „agrotechnicznymi zasadami".

Masowy wywóz uczniów na pola był wymysłem sowieckim, ale w niepodległym Uzbekistanie stał się podstawą przemysłu bawełnianego. Nikt tu nie zamierza rezygnować z pracy dzieci, bo to najtańsza siła robocza. Park maszynowy, który pozostał po Związku Radzieckim kompletnie się już rozyspał, a na nowy sprzęt farmerzy nie mają pieniędzy. Mechanizacja rolniwctwa praktycznie nie istnieje, ponad 90% bawełny zbiera się dziś ręcznie. Dzieci do zbiorów ściąga się również ze względu na brak dorosłej siły roboczej.

Większość mieszkańców Uzbekistanu to wieśniacy, po dekolektywizacji rolnictwa zostali bez środków do życia. Praca u bogatszych farmerów jest tak nisko płatna, że ludzie masowo emigrują. W efekcie nie ma kto pracować na polach.

Dłużnicy państwa

Kiedy nadchodzi czas zbiorów,  na pola mobilizuje się cały kraj. Najgorętsze są pierwsze dwa tygodnie. Oprócz uczniów i studentów władze ściągają budżetówkę - nauczycieli,  pielęgniarki, sprzątaczki. Dorosłych, którzy nie palą się do zbioru, władza szantażuje. Utratą pracy, wyrzuceniem z uczelni... . Według relacji obrońców praw człowieka podczas ubiegłorocznych zbiorów matkom małych dzieci grożono odebraniem zasiłku, jeśli nie stawią się do pracy. Autobusy „ochotników"  na pola jeździły pod eskortą milicji, która pilnowała, żeby nikt nie skończył pracy za wcześnie.

Kiedy główny zbiór się zakończy, budżetówka schodzi z pól i na plantacjach zostają uczniowie. Pracują przez cały dzień. Zwykle od ósmej, dziewiątej do piątej. Nigdy mniej. W czasach sowieckich niedziela była wolna od pracy. Teraz nie ma niedzieli. Nie ma wody do picia. W gorącym powietrzu parują chemikalia z oprysku bawełny. Ziemia przesiąknięta jest azotanami z nawozów. A toboły z bawełną, które trzeba dostarczyć na miejsce zbiórki z każdą chwilą stają się coraz cięższe... "Kiedy cały dzień zajmujesz się zbieraniem, ręce nie wytrzymują i w nocy bolą. A moja młodsza siostra nawet we śnie pracuje, ręce same się jej wyciągają" - opisuje uzbekistańska uczennica.

"Koło południa na polu było już bardzo gorąco, ale wody do picia nie było. Czasem przywozili wodę na pole w cysternach, ale było przykro iść po nią na sąsiednie pole, odstać w kolejce i wrócić z niczym, bo zabrakło" -  wspomina studentka z Samarkandy, która przez dwa miesiące pracowała na plantacji w odległym zakątku kraju. "Na pola wozili nas traktorami i ciężarówkami, które na burtach miały wielkimi literami wypisane, że nie wolno w nich przewozić ludzi. Nabijali nas tam, jak śledzi w beczkę i  wozili  na różne pola - w promieniu od ośmiu do dwudziestu kilometrów. Nieraz się zdarzyło, że zapomnieli przysłać z powrotem ciężarówkę i  trzeba było wracać pieszo. Karmili nas tylko obiadem. Zwykle była to mętna woda  z kawałkami marchewki.  Po miesiącu w ogóle przestali nas karmić, nie wydawali nawet chleba. Musieliśmy chodzić po wsi i żebrać o jedzenie u miejscowej ludności. Normę mieliśmy po 50 kg na głowę, a przywozili nas na pola, na których można było zebrać po 7 - 8 kg. Brakujące 42 kg zapisywali nam w formie długu. Każdy kilogram kosztował określoną ilość pieniędzy. Do momentu powrotu do miasta, po około dwóch miesiącach, u każdego narosła taka suma „długu", że sięgała wysokości stypendium".

Desperacja

W ubiegłym roku kilku wielkich importerów bawełny oraz sieci handlowych w proteście przeciw niewolniczej pracy dzieci, zagroziło bojkotem uzbekistańskiej bawełny. Taszkient zobowiązał się, że więcej uczniów na pola nie wyśle. Nie minęło jednak 10 dni od przyjęcia przez władze Uzbekistanu postanowienia o realizacji międzynarodowych konwencji, zakazujących najbardziej ostrych form eksploatacji dzieci, jak bawełniane pola zaroiły się od studentów i uczniów - pisze internetowy portal gundogar. Dzieci wywieziono w najbardziej odludne regiony, tam, gdzie mała gęstość zaludnienia nie pozwalała kompletnie zabezpieczyć zbioru. A kampania bawełniana, która po raz pierwszy od lat miała być humanitarną, przyniosła śmiertelne żniwo.

Władzom nie udało się ukryć samobójstwa 17-letniej studentki, która po kilku tygodniach pracy na polu powiesiła się na drzewie. Zdaniem kolegów, którzy z nią pracowali, nie wytrzymała nieustannej krytyki i wyrzutów ze strony nadzorującego ich wykładowcy. Każdego wieczoru była w grupie tych, których obsztorcowywano za to, że nie wyrabiają dziennej normy.  Kilka dni później uczeń zginął podczas bójki, której powodem było miejsce do spania w baraku.

Prawie na polu zmarł inny nastolatek, który udławił się czymś, co było w zupie, przygotowanej przez kuchnię polową. Gdzie indziej uczennica średniej szkoły utonęła w kanale nawadniającym. Obrońcy praw człowieka i organizacje pozarządowe twierdzą, że  przemoc, różnego rodzaju traumy i masowe zachorowania zdarzają się na plantacjach co roku.

Raport SOAS nie pozostawia wątpliwości, że chociaż władze w Taszkiencie zobligowały się nie wysyłać na pola dzieci,  jest to  faktycznie niemożliwe bez zreformowania całego systemu rolnictwa i zniesienia bawełnianego monopolu państwa. Zdaniem wielu ekspertów z organizacji pozarządowych wystarczyłoby podniesienie przez państwo cen skupu, a do kraju wróciłoby wielu dorosłych i problem  dzieci sam by się rozwiązał.  Jednak państwowe monopole, które dostają za eksport dewizy i ze sprzedaży bawełny czerpią ogromne zyski, wolą ryzykować międzynarodowy bojkot, niż więcej zapłacić farmerom.


Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj