Co dalej z Europą?

Tak, ale nie
Coraz częściej postawa polityków, także polskich, wobec Unii wywołuje konsternację. Aż chce się zapytać: co z tą Europą?
Fot. Katarina Stolz/Reuters/Forum
AN

Fot. Katarina Stolz/Reuters/Forum

Widmo Libertasu krąży nad Europą, a w każdym razie nad polską kampanią do Parlamentu Europejskiego. Partia Libertas nie jest zbyt poważną siłą i nie byłoby o czym gadać, gdyby na jej zagranicznych wiecach nie pojawił się człowiek ikona, Lech Wałęsa. Przecieramy oczy ze zdumienia. Przecież Wałęsa jest członkiem tak zwanej grupy refleksyjnej utworzonej z inicjatywy prezydenta Sarkozy’ego jako ciało konsultacyjne Unii Europejskiej. Unijni mędrcy mają za rok przedstawić raport na temat przyszłości Unii.

Po co Wałęsa pokazuje się z liderem Libertas Irlandczykiem Declanem Ganleyem? Czy tak rozumie rolę europejskiego mędrca? Ganley zablokował przyjęcie traktatu lizbońskiego, mającego zapewnić powiększonej Unii sterowność. Milioner z Zielonej Wyspy odrzuca zarzuty, że szkodzi Unii. Propaganda Libertasu kreuje tę nową międzynarodówkę, tym razem eurosceptyków i eurofobów, na ruch prodemokratyczny i proeuropejski. To jak: są za, a nawet przeciw? Takie poplątanie pojęć jest na rękę siłom antyeuropejskim, które są w Polsce, przynajmniej w politycznych elitach, wciąż obecne, nawet jeśli Libertas jest formalnie odrzucany.

Narodowość - Europejczyk

Spróbujmy rzecz uporządkować: na czym dziś polega pro- i antyeuropejskość? Przez Europę rozumiemy tu ideę integracji europejskiej, zakładającą coraz ściślejszą współpracę i dobrowolną rezygnację z części suwerenności poszczególnych narodów europejskich w ramach UE.

Co zręczniejsi anty-Europejczycy tonują dziś swe opinie, by nie wylądować na politycznym marginesie. Ba, wolą mówić językiem nawet pozornie proeuropejskim, właśnie jak Libertas.

Przypomina to nieco taktykę współczesnego antysemity. Mówi on: nie jestem antysemitą, tylko nie mogę znieść, jak się ci Żydzi wszędzie wpychają. Współczesny przeciwnik Unii i Europy mówi: nie jestem przeciw Unii, ale nie wierzę, że kiedyś powstanie jakaś wspólna europejska tożsamość, dlatego trzeba wzmacniać rolę państw w Unii. Dla niepoznaki dodaje się różne, fasadowo pomyślane instytucje, np. prezydenta Europy, które mają przysłonić intencje faktycznego demontażu Unii jako wspólnoty kulturowej i ekonomicznej. Miałoby to być coś w rodzaju ONZ, gdzie nawet rozbudowane struktury nie potrafią ukryć faktu, że państw zrzeszonych w tej organizacji nie łączy zbyt wiele, a wręcz przeciwnie.

Naturalnie, są różne stopnie i odcienie tej postawy. Ale sedno sporu to odpowiedź na pytanie, czy Europa może być naszą drugą, a kiedyś nawet pierwszą, ojczyzną?

Idea integracji miała zawsze oponentów i na prawicy, i na lewicy. Kto dziś pamięta, że lewica widziała w niej projekt kapitalistów i spisek watykański? Państwa matecznika Wspólnoty Europejskiej były wszak częściowo lub kompletnie kulturowo katolickie, a jej ojcowie założyciele należeli do chrześcijańskiej demokracji. Prawica zaś postrzegała Unię jako zagrożenie dla idei suwerennego państwa narodowego i jego prerogatyw. Przeciwnicy patrzyli jednak zszokowani na tempo wzrostu gospodarczego w owej małej Europie i zaczęli zmieniać zdanie.

Scenariusze dla Europy

Gospodarcze fakty wygrywały z ideologiami nacjonalizmu i walki klasowej. Nie trzeba było proeuropejskiej propagandy. Podobnie jest teraz, kiedy wybuchła recesja. Islandia zawisła u klamki Unii Europejskiej, do której wcześniej się nie kwapiła, Irlandczycy, którzy rok temu usłuchali Ganleya, dziś patrzą na traktat lizboński dużo przychylniej. A nasi sąsiedzi Litwini, bardziej niż my poturbowani przez kryzys, wybierają na prezydenta byłą komisarz UE, panią Grybauskaite. Jak trwoga, to do Unii. Chętnych do wejścia nie brakuje, a nawet przybywa, o chętnych do wyjścia – głucho.

A przecież ten cud wcale nie musiał się zdarzyć. W 1947 r. wielki angielski pisarz polityczny, socjalista i demokrata George Orwell wyliczał w felietonie powody, dla których marzenie o jedności europejskiej prawdopodobnie nigdy się nie ziści. Są bowiem przeciw temu europejskiemu marzeniu Rosja, Ameryka, imperializm brytyjski i Kościół katolicki. Zdaniem autora „Roku 1984”, warunkiem powstania „socjalistycznej federacji europejskiej” było wyjście Wielkiej Brytanii z Indii i przyjęcie do federacji Afryki i Bliskiego Wschodu.

Niby prawie nic się nie sprawdziło, ale czy na pewno? Wrogowie zjednoczonej Europy nie zniknęli. Zmienili tylko taktykę. Żyjemy w epoce będącej kolejną odsłoną tego samego dramatu, tej samej walki idei i interesów. Dziś Europa ma kłopoty energetyczne z Rosją, finansowe ze zbankrutowaną Ameryką, polityczne z eurosceptykami różnych odcieni, ideowe z chrześcijańskimi konserwatystami.

Nie jest tak, że ta walka jest już rozstrzygnięta. Że Unia jest z nami raz na zawsze i nie musimy już o nic się starać, bo projekt europejski ma wszędzie takie poparcie jak u nas. Polacy zdają się zbyt spokojni o przyszłość Unii. Dlatego tak mogą drażnić hasła z polskiej eurokampanii. Nie wystarczy recytować o Polsce, o obronie polskich interesów, bo to brzmi tak, jakby Europa była nam obojętna lub jakbyśmy nie wierzyli, że ma przyszłość. Popis takiej obojętności widzieliśmy w niedzielę 17 maja, kiedy pisowskie „asy” nie podjęły rękawicy rzuconej im przez PO, słusznie wzywającą do europejskiej debaty. Niektórzy eurokandydaci PiS tłumaczyli się, że w południe muszą do kościoła.

Tak jak przed półwiekiem, kto dziś jest za Europą, nie może poprzestać na narodowym zapatrzeniu. Platformiane hasło „Postaw na Polskę” brzmi równie od rzeczy jak pisowskie „Więcej dla Polski”. To już lepsze jest banalne do bólu „Europa to ludzie” centrolewicy czy „Europa normalnych rodzin” Marka Jurka lub też banalne, ale prawdziwe „Sukces Europy sukcesem dla Polski” PSL. Europa nie zaczyna się ani nie kończy na Polsce. Stare zagrożenia i wyzwania ustępują miejsca nowym. Kiedy, jak nie w trakcie eurokampanii o tym dyskutować? Libertasowi można oddać jedno – że choć stawia złą diagnozę i daje złe odpowiedzi, to prowokuje debatę europejską skuteczniej niż inni.

Właśnie mija smutna czwarta rocznica odrzucenia przez Francuzów i Holendrów tak zwanego traktatu konstytucyjnego. Poruszony tym wybuchem narodowej krótkowzroczności francuski politolog Dominique Moisi nakreślił trzy możliwe scenariusze przyszłości Unii Europejskiej.

Pierwszy: pokusa wenecka. Unia staje się Wenecją epoki globalizmu, muzeum cywilizacji, która kiedyś dominowała nad światem, ale ostatecznie w nowych warunkach okazała się niezdolna do rozwoju. Stąd przewaga pesymizmu i skłonność do zamykania się w sobie.

Drugi scenariusz: większa Szwajcaria. Żyje wygodnie, odnosi w tym i owym sukcesy, ale pogrąża się w egoizmie i prowincjonalności. Tak można trwać pod warunkiem, że jak rzeczywista Szwajcaria jest się otoczonym przyjaźnie nastawionymi demokratycznymi sąsiadami. Ale przecież tego nikt na dłuższą metę gwarantować nie może. Upadek może mieć przyjemny początek.

Trzeci scenariusz to zemsta nacjonalizmów. To, co niektórzy analitycy nazywają elegancko renacjonalizacją polityk państw członkowskich Unii, Moisi nie waha się nazwać wstrętnym atakiem populistyczno-nacjonalistyczno-szowinistycznym na sam rdzeń budowli europejskiej. Ale dodaje, że to w części wina liderów Europy, takich jak Jacques Delors, szef Komisji Europejskiej w latach 1985–1995. Delors, chrześcijański socjalista, zdaniem Moisiego popełnił błąd, bo był przeciw budowie jakiegoś rodzaju nacjonalizmu europejskiego w oparciu o pozytywne emocje proeuropejskie. Tym samym oddał pole przeciwnikom Europy, bez skrupułów wykorzystującym emocje antyeuropejskie. To było podłoże klęski traktatu konstytucyjnego i w jakimś stopniu traktatu lizbońskiego, który miał umożliwić dalsze reformowanie Unii. Dziś w forpoczcie tego ataku europopulistów idą zwolennicy Ganleya i jemu podobnych. A patriotyzm europejski pozostaje nadal pobożnym życzeniem części elit. To nie wystarczy w walce z eurofobami.

Na horyzoncie

Czy i jak popierać formowanie się nowego narodu europejskiego? Jasne, że musi to być proces dobrowolny, przemyślany i długotrwały. Ale kto życzy Europie dobrze, nie może go z góry wykluczać. Udało się Amerykanom, którzy ledwo w dwieście lat stworzyli u siebie naród polityczny, zbudowany na poszanowaniu konstytucji. Nie najgorzej powiodło się Niemcom, którzy po katastrofie nazistowskiej woleli, na podobnej zasadzie, wzmacniać patriotyzm konstytucyjny kosztem niemieckiego nacjonalizmu. Czemu na dłuższą metę nie miałoby się powieść Europejczykom? Przecież należą do tej samej kultury demokracji, praworządności, praw człowieka i gospodarki rynkowej.

Europa polega na tym, że musi mieć wciąż nowe cele i zadania. Ten pojazd musi być w ruchu. Największym wrogiem idei europejskiej jest stagnacja. Stąd znaczenie nowych pomysłów i planów. Zadań na horyzoncie. Europejski interes musi się kręcić. Pada traktat konstytucyjny, stworzono nowy – lizboński. Południowe państwa UE rozwijają politykę sąsiedztwa z północną Afryką i Lewantem, wobec tego unijna północ – Polska, Szwecja, Niemcy – rozkręca Partnerstwo Wschodnie. Globalna recesja, rosyjska polityka energetyczna, ocieplenie klimatu – historia nie stoi w miejscu, Europa musi odpowiadać na nowe wyzwania. Nie tylko gospodarcze. Równie groźna jest stagnacja koncepcyjna.

Nie tylko gospodarcza, lecz może przede wszystkim ideowa. Dlatego wciąż trzeba pytać, jakiej chcemy Europy, i szukać nowych odpowiedzi. Zwłaszcza dziś, gdy Unii nie grozi wojna, ale grozi jej spadek produkcji, wzrost bezrobocia, zwiększenie deficytów budżetowych, a na tym tle pogorszenie nastrojów społecznych i wzmożona aktywność sił antyeuropejskich. Kłopoty Unii przekładają się zaś na kłopoty państw członkowskich. Na zmniejszanie się korzyści z członkostwa, a przecież dla krajów nowej Unii to kwestia narodowego być albo nie być (a ściślej partycypować czy wegetować). Bez unijnej pomocy i współpracy spadają drastycznie nasze szanse rozwojowe. Nie pytajmy więc tylko, co Unia zrobiła dla Polski i ile jeszcze da się z niej wyszarpać, ale też, co Polska zrobiła dla Unii. Jednak to ostatnie pytanie nie jest u nas popularne.

Rozszerzenie Unii o 10 nowych państw w 2004 r. było ostatnim wielkim wydarzeniem europejskim. Co teraz? Z jakiego źródła ma Europa czerpać inspirację do myślenia i wigor do działania? Kolejne rozszerzenie – o Turcję i kraje bałkańskie – jawi się dziś bardziej jako kłopot niż szansa. No więc co?

Unia w sieci

Tym zadaniem jest wzmocnienie Unii w obecnym świecie globalnych graczy:obok USA, Chin, Rosji, Indii. Temu ma służyć stworzenie wspólnej polityki zagranicznej Unii. W tym sensie poparcie dla Europy wyraża się dziś nie w manipulowaniu traktatem lizbońskim, nie w zachęcaniu do przyjmowania go w referendach, lecz w jego ostatecznym przyjęciu. Warto sobie zdać sprawę, że mimo narzekań, iż w Unii mało dba się o demokrację obywatelską, o kontakt ze społeczeństwami, rzeczywistość jest inna: Unię oplata gęsta sieć organizacji społeczeństwa obywatelskiego, obficie czerpiących z unijnych funduszy. Funkcjonują też, tyle że mało spektakularnie, liczne unijne kanały konsultacji społecznej.

Nie ulegajmy pochopnie eurosceptycznym stereotypom. Tak w kwestii traktatu, rzekomego deficytu demokratycznego czy strefy euro. Może to Polska, tak mocno proeuropejska, wprowadzi kiedyś Wielką Brytanię do strefy euro, żartował historyk Timothy Garton Ash. Ale w tym żarcie kryje się głębsza myśl: być za Europą, znaczy być przeciw stagnacyjnemu status quo. A jeśli Europa ma się już nie rozwijać, to może należało niegdyś poprzestać na Wspólnocie Węgla i Stali? Zapewne byłby to ideał dla wielu polskich europopulistów.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj