Iran blokuje media

Multimedialna teokracja
Irańskie władze zakneblowały dziennikarzy najważniejszych globalnych mediów. O wydarzeniach na ulicy świat wie dzięki tysiącom reporterów-amatorów, którzy wykorzystują komórki, Internet, blogi i serwisy takie jak Facebook, Twitter, Flickr.
Viktoria dla Iranu
sterno74/Flickr CC by SA

Viktoria dla Iranu

Gdzie jest mój głos?
sterno74/Flickr CC by SA

Gdzie jest mój głos?

To sytuacja bez precedensu w historii sieci. Rozwój wydarzeń w Iranie fascynuje opinię publiczną na całym świecie, co zupełnie zrozumiałe biorąc pod uwagę znaczenie tego kraju na geopolitycznej mapie świata. Ważne jednak, by fascynacja nie prowadziła do zbyt łatwych, a mało krytycznych ocen. Tym bardziej, że dostęp do sprawdzonych informacji jest mocno ograniczony. Korespondenci mediów zagranicznych nie mogą praktycznie nadawać, zamknięci w swoich hotelach. Dziennikarze irańscy poddani są bezwzględnej cenzurze, kto się jej wyłamuje, ląduje w areszcie.

 

Jest jednak wiek XXI, co oznacza że nawet teokratyczny Iran doświadczyć musiał skutków komunikacyjnej rewolucji wywołanej przez Internet i telefonię komórkową. W istocie teokratyczny Iran jest internetową potęgą na Bliskim Wschodzie - z Sieci korzysta regularnie 35 proc. mieszkańców w porównaniu z bliskowschodnią średnią wynoszącą 26 proc. Irańscy internauci tworzą jedną z najaktywniejszych na świecie blogosfer. Berkman Center for Internet &Society z Uniwersytetu Harvarda zbadało strukturę tej blogosfery metodami analizy sieciowej. Okazuje się, że z potencjału nowych mediów korzystają umiejętnie i intensywnie zarówno konserwatywni zwolennicy obowiązującego ładu teokratycznego, jak i reformiści.

Oba fragmenty irańskiej blogosfery różnią się jednak między sobą nie tylko treścią komunikacji, lecz także jej strukturą. Konserwatyści tworzą zamkniętą sieć, reformiści są znacznie bardziej otwarci i próbują podejmować dialog z konserwatystami. Badaczy z Harvardu zaskoczyła odwaga cywilna blogerów-reformistów, zdecydowana większość z nich pisze pod imieniem i nazwiskiem (warto aby fakt ten przemyśleli obrońcy anonimowości w polskiej blogosferze). To niezwykle ważne spostrzeżenie, istotą politycznego działania nie jest bowiem sama debata. Istotą polityki jest zdolność do ucieleśnienia reprezentowanych wartości, czyli gotowość do wyjścia na ulicę, by cała osobą potwierdzić ważność politycznego roszczenia mimo potencjalnych zagrożeń. Kto się boi ujawnić w Sieci, tym bardziej nie ujawni się na ulicy.

Chaos przede wszystkim

Oczywiście, łatwiej oderwać się od klawiatury i wyjść na ulicę, gdy istnieje świadomość że walka nie odbywa się w próżni. Tu znowu Internet przychodzi w sukurs. Bo choć irański, na wzór chińskiego, jest ściśle kontrolowany, to jednak totalna kontrola jest niemożliwa. Choćby dlatego, że mieszkańcy Iranu mogą korzystać z życzliwości internautów na całym świecie, którzy udostępniają masowo swoje komputery, by służyły jako serwery proxy umożliwiające bezpieczną publikację informacji z kraju. To dzięki nim gazety i telewizje świata mają co pokazywać i dzięki nim wiemy, co się dzieje w na ulicach Teheranu...

Tu jednak zaczyna się problem. Twitter, Facebook i inne serwisy mikroblogowe, społecznościowe i blogowe niemal eksplodują ze względu na liczbę komunikatów. Problem w tym, że jak pokazują coraz liczniejsze analizy, komunikaty te służą nie tyle informowaniu, co kreowaniu informacyjnego chaosu. Joshua Kucera analizuje na swym blogu przypadki najbardziej jaskrawych przekłamań, jakie pojawiły się w Twitterze. Jego sceptycyzm odnośnie rzeczywistej wartości tego medium podzielają tacy entuzjaści nowego komunikacyjnego ładu, jak Clay Shirky czy Andrew Sullivan. Nadmiar i łatwość komunikacji, nawet w sytuacji jawnej opresji powoduje, że informacją łatwiej manipulować niż kiedykolwiek.

Manuel Castells, wielki badacz społeczeństwa sieciowego (gościł niedawno w Polsce) mówi, że weszliśmy w epokę mass self-communication. To świat, w którym prawda w tradycyjnym znaczeniu ma małe szanse na przetrwanie. Castells już jednak dość dawno, bo analizując rewoltę Zapatystów w stanie Chiapas w 1994 r., zauważył że z punktu widzenia procesu politycznego informacyjny chaos nie musi być zły. W 1994 r. meksykański rząd przegrał z Indianami właśnie dlatego, że stracił kontrolę nad komunikacją. Media kontrolowane przez władzę musiały stawić czoła niezliczonym alternatywnym kanałom komunikacji: swoje nadawał kierujący rewolucją subcommandante Marcos, swoje interpretacje przedstawiały zaangażowane w sprawę kościoły, swoje Oliver Stone i aktywiści wszelkiego koloru. W tym chaosie zniknąć musiała zarówno tzw. prawda obiektywna, jak prawda legitymizująca stanowisko władzy. W efekcie autorytet władzy rozpuścił się tak, jak samo pojęcie prawdy.

Na koniec jeszcze drobna uwaga historyczna. Mieszkańcy Iranu od dawna eksperymentują z nowymi mediami i ich politycznym wykorzystaniem. Podczas rewolucji islamskiej, która w 1979 r. zmiotła szacha Rezę Pahlaviego kluczowe znaczenia miała strategia komunikacyjna Ajatollaha Chomeiniego. Rewolucjoniści docierali ze swym przesłaniem dystrybuując kasety magnetofonowe z nagranymi przemówieniami duchowego przywódcy. Przykład ten ilustruje, że to nie media wywołują rewolucje, lecz ludzie pragnący politycznych zmian potrafią znaleźć rewolucyjne dla dostępnych aktualnie mediów zadania.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj